Informacje

Wyspy Zielonego Przylądka / autor: fot. autorka tekstu
Wyspy Zielonego Przylądka / autor: fot. autorka tekstu

PODRÓŻ NA WEEKEND: Chillout na Cabo Verde

Andżelika Przybek

  • Opublikowano: 14 października 2017, 18:52

  • Powiększ tekst

Od 2018 r. wizy na Wyspy Zielonego Przylądka nie będą wymagane. Tym samym niebiańskie plaże staną się nieco bardziej dostępne. Spodziewany jest również dalszy wzrost PKB z turystyki i modernizacja portów lotniczych oraz prywatyzacja narodowego przewoźnika.

Obecnie Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde) są wzorem do naśladowania dla wielu afrykańskich państw. Standard życia znacznie wzrósł. Dzieje się tak za sprawą nieustannie rosnących przychodów z turystyki, które stanowią fundament tamtejszej ekonomii (21,1 proc. PKB w 2013 r.). Na przestrzeni dziesięciu lat po roku 2000 odnotowano 10-proc. spadek współczynnika biedy (z 37 proc. w 2000 roku do 27 proc. 2010 r).

Wyspy Zielonego Przylądka na mapie przypominają koraliki, jakie noszą kobiety na całym świecie. Wbrew pozorom, nie wszystkie z tych wysp są takie zielone, jak je nazwa Cabo Verde maluje. Do przylądka też mają daleko. Za to każda jest inna i opowiada własną historię dziejów.

Skupię się na tej największej i rzeczywiście zielonej, której krzewy i drzewa zdobią szczyty oraz doliny wyspy zwanej Santiago.

Ruszając od strony stolicy — Prai, należy kierować się na północ. Z każdym kilometrem zieleń staje się bardziej nasycona. Ziemię zdobią liczne bananowce przeplatane z polami trzciny cukrowej przywołującej na myśl rodzimy tatarak. Kusząco prezentują się drzewa papai, a ich owoce wydają się najsłodsze na świecie. Do tego liczne kokosowe palmy, agawy i pola kukurydzy opasanej pędami fasoli.

Osobliwością zielonej części natury wyspy są drzewa: drzewo smocze i okazy przypominające ogromne figowce, z korzeniami nad powierzchnią ziemi i długimi zwisającymi pędami, które być może stały się pierwowzorem słynnego Drzewa Dusz z „Avatara”. Nazwy trudno było ustalić, ponieważ większość mieszkańców opowiada o nich tylko w języku kreolskim.

Zwierząt tu nie brakuje. Obok tych hodowlanych, sprawnie pędzonych głównymi szlakami komunikacyjnymi, prym wiodą psy i koty. Licznie wędrują ubitymi dróżkami, ruchliwymi ulicami, a nawet plażami i nikt spokoju im nie zakłóca. Chętnie towarzyszą ludziom w przydomowych pracach.

Jednak to żółw jest symbolem wszystkich tych wysp i jego wizerunek nie tylko zdobi rodzime monety czy znaczki, ale też biżuterię i kolorowe chusty z pasją noszone przez kobiety.

Nad skalistym wybrzeżem Santiago bielą się piękne, ale krzykliwe białe ptaki: czaple czarnonogie. Oprócz tego, że cudnie mienią się, obsiadając gałęzie, pełnią też bardzo odpowiedzialną rolę. Ostrzegają wypasające się w górach zwierzęta, trzepocząc skrzydłami nad przepaścią. Czasami usłyszeć można ich donośne wokalizacje.

Na Santiago można poczuć prawdziwą Afrykę. Tą kolorową i tą piaskiem spowitą. Tam nic nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko ma sens a każdy szczegół życia i każda kropla wody ma wielkie znaczenie. Ze śmieci miejscowi tworzą sztukę, skarbami natury wypełniają codzienność. Nawet fasolę sadzi się tak, by rosła pnąc się i owijając wokół łodyg kukurydzy. Gdy kukurydza dojrzeje, zbiera się kolby, a fasola spokojnie wzrasta, korzystając z naturalnie powstałych podpór.

Tutejsze domy budowane są z kamieni wydobywanych znad brzegu oceanu. Praca to niełatwa. Kamienie wybiera się ręcznie i zrzuca do mis umieszczonych na głowach. Tak przenosi się je na brzeg. Trafiają do sprzedaży, jak opowiadał mieszkaniec wyspy, po 10 euro za misę. Tym samym powiedzenie „mam dużo na głowie” zyskuje tu rzeczywisty wymiar bowiem większość rzeczy codziennego użytku, w tym świeżo złowione ryby, zebrane nasiona fasoli, kukurydza czy zwykłe pranie kobiety dźwigają na dumnie uniesionych głowach.

Zabudowania miast przypominają makiety z klocków. Kwadratowe i kolorowe domki zapraszają w swe progi. Na obrzeżach zaś licznie dostrzega się małe chatki. Wiele z nich zawieszonych jest na skałach ze względów bezpieczeństw, choć nieprawdopodobnie to brzmi, gdy przyglądamy się owym systemom budowlanym. Nierzadko pokryte są suchymi liśćmi i fragmentami blach. Tu miejsce zamieszkania też mówi o statusie. Innym niezwykłym i dość osobliwym widokiem są liczne szałasy sklecone pośrodku „niczego”, z dala od ludzi i wsi. Zamieszkują a właściwie, koczują tam ludzie, pilnując własnej ziemi, by jak twierdził mój przewodnik, nikt nie odebrał tego, co z pokolenia na pokolenie rodzina pieczołowicie pielęgnuje.

Katolicy tu to niemal 80 proc. społeczeństwa. Nabożeństwa stanowią kolorową oprawę wiary w Boga. Barwne i radosne, bo i tu muzyka odgrywa ogromną rolę. Msza odbywa się w języku portugalskim, ale kazania często w języku kreolskim. I pomimo takiej pobożności, ślubów w kościołach się nie zawiera. Wynika to zarówno z obyczajowości Kabowerdyjczyków, jak i smutnej historii — małżeństwa wśród niewolników były zakazane. Dzieci głównie wychowuje matka i to ona jest najważniejszą osobą w rodzinie. Panowie najczęściej wyruszają za pracą daleko, długo pozostając poza domem.

Obok cudów natury na szczególną uwagę zasługuje kilka niezwykłych miejsc. Po pierwsze Cidade Velha, dawna stolica Republiki Zielonego Przylądka, najstarsza osada i pierwsza europejska osada kolonii w tropikach z XVI w. Fantastyczne jest to, że większość zabudowań pozostaje w idealnym stanie. Mieszkają tam ludzie, istnieją warsztaty, a nawet pokoje na wynajem. Najsłynniejsza ulica Bananowa brukiem prowadzi pośród malutkich chatek.

Niegdyś miejsce to było targiem niewolników, o czym świadczy słynny pręgierz, symbol krwawej krucjaty białych i niewolnictwa, usytuowany na środku niewielkiego placu. Tutejsza dolina, w jakiej znajduje się miasteczko i port, służyła jednocześnie za naturalne więzienie.

Na wzgórzu znajduje się urokliwy kościółek Nossa Senhora do Rosário, najstarszy kolonialny, z azulejos zdobiącymi wewnętrzne mury. Miasto znajduje się na liście UNESCO. Nieopodal watro zajrzeć do ruin Katedry.

Na uwagę zasługuje też Tarrafal, miasteczko na północy, którego nazwa wywodzi się od tamaryszka, znanej na Cabo Verde rośliny. Piękna plaża, urokliwa zatoczka, liczne łodzie oraz sieci okolicznych rybaków i piaszczysta plaża z palmami. Raj na ziemi.

São Jorge dos Órgãos to niewielka osada w okolicach Picos. Obok znajdującego się tam ogrodu botanicznego, podgadać też można niezwykłe zabudowania — lepianki pokryte strzechą, w których nadal mieszkają ludzie. Tam też znajduje się szkoła i dzieciaki chętne, by porozmawiać o wszystkim.

Cabo Verde to świat, jaki pragnie się zatrzymać w sercu. Morabeza, którą noszą w sobie Kabowerdyjczycy. Ich pokojowy i radosny stosunek do istnienia i życia. Muzyka płynąca z serca z Lurą, Elidą Almeidą i Cesarią Evorą na czele. Taniec niosący dusze do nieba i kawa, czarna i aromatyczna jak ten zakątek ziemi.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych