Informacje

GAZETA BANKOWA: Most w jedną stronę

Gazeta Bankowa

Gazeta Bankowa

Najstarszy magazyn ekonomiczny w Polsce.

  • Opublikowano · 17 września 2017, 10:22

  • 0
  • Tagi: energetyka energia linia energetyczna Litwa most energetyczny Polska prąd Skandynawia Unia Europejska
  • Powiększ tekst

Polsko-litewski most energetyczny kosztował ponad 2 mld zł, a koszty jego budowy poniosła w większości Polska. Składa się on przede wszystkim z dwóch transgranicznych linii wysokiego napięcia, o mocy 500 MW, między Ełkiem a litewskim miastem Alytus. Prąd może płynąć nim w obie strony. Na razie jednak płynie głównie z Litwy do Polski, choć miało być inaczej.

To niekorzystna dla nas sytuacja, bo mocno przyczynia się do tego, że nasz kraj, mimo dużych własnych zasobów energetycznych, jest od pewnego czasu coraz większym importerem energii elektrycznej. Chociaż przez wiele lat było odwrotnie.

Prąd z zagranicy

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego importujemy prąd z Litwy, która poza odnawialnymi źródłami energii w zasadzie nie ma własnych zasobów energetycznych? Trzeba zacząć od tego, dlaczego doszło do budowy polsko-litewskiego mostu energetycznego. Miał on służyć kilku celom. Po pierwsze, dzięki niemu miała się poprawić sytuacja energetyczna krajów bałtyckich, wcześniej bardzo uzależnionych energetycznie od Rosji i Białorusi. Litwa po zamknięciu elektrowni atomowej Ignalina w Visaginas w 2009 r. większość potrzebnego jej prądu musiała importować. Jeszcze w 2013 r. 70 proc. jej importu energii elektrycznej przypadała na Białoruś i Rosję, a cena tego nośnika energii na Litwie należała do najwyższych w UE. W nieco lepszej sytuacji była Łotwa, ale i ten kraj musiał większość zużywanego w nim prądu importować, m.in. ze Wschodu. Tylko Estonia, dzięki wykorzystaniu własnych złóż łupków bitumicznych do produkcji energii elektrycznej, nie była skazana na jej sprowadzanie z zagranicy.

To niekorzystne położenie Litwy i Łotwy miał zmienić tzw. bałtycki ring, czyli linie przesyłowe łączące te państwa z systemami energetycznymi Skandynawii i Polski (a przez nie z całą UE). Pierwszą częścią owego ringu było połączenie krajów bałtyckich – przez Estonię – z Finlandią, a kolejną – z Polską (polsko-litewskim mostem energetycznym) oraz ze Szwecją (przez podmorski kabel, łączący to państwo z Litwą, który został oddany do użytku w 2016 r.).

Na polsko-litewskim połączeniu energetycznym miał skorzystać też nasz kraj. Na dwa sposoby. Po pierwsze, zakładano, że jego budowa poprawi bezpieczeństwo zasilania w energię elektryczną w Polsce północno-wschodniej. Ta część naszego kraju była pod tym względem w gorszej sytuacji niż inne regiony – z uwagi na brak wystarczającej infrastruktury energetycznej, m.in. elektrowni. Przedstawiciele koncernu PGE, zawiadującego siecią linii niskiego i średniego napięcia na Podlasiu i we wschodniej części Mazur, twierdzą, że most energetyczny Polska–Litwa (składający się nie tylko z linii energetycznych między Ełkiem a Alytus, lecz także z nowych sieci i stacji przesyłowych między Sulejówkiem a Siedlcami, Łomżą a Ełkiem oraz Ostrołęką a miejscowością Narew) spełnił to zadanie. To znaczy, że po wybudowaniu mostu bezpieczeństwo zasilania (chodzi m.in. o zmniejszenie liczby awarii oraz przerw w dostawach prądu) w tej części naszego kraju jest dużo większe niż przedtem.

Polska miała skorzystać na połączeniu energetycznym z Litwą jeszcze w inny sposób. Chodziło o to, by w razie przeciążenia systemu elektroenergetycznego (np. podczas fali upałów, które skutkują rekordowym zużyciem prądu), okresowo zmniejszonej produkcji energii elektrycznej czy awarii w jednej z naszych kluczowych elektrowni można było się posiłkować prądem z zagranicy, a dzięki temu uniknąć ograniczeń czy przerw w dostawach energii elektrycznej. Temu głównie miały służyć elektroenergetyczne połączenia transgraniczne, którymi dysponujemy już na granicy z Niemcami, Czechami, Ukrainą, a od 2015 r. także z Litwą.

Gdy planowano polsko-litewski most energetyczny, rząd PO-PSL zakładał (jak pisze Najwyższa Izba Kontroli w swym opublikowanym latem tego roku raporcie na ten temat), że po jego wybudowaniu prąd na Litwie będzie droższy niż u nas i dlatego będzie przesyłany stamtąd do Polski tylko w okresach naszego szczytowego zapotrzebowania na energię elektryczną. Stąd poprzednia ekipa rządząca wysnuwała wniosek, że „saldo wymiany będzie zrównoważone”. To znaczy, że nasz import prądu z Litwy będzie mniej więcej równy jego eksportowi do tego kraju. Gdy Litwini będą musieli się posiłkować energią elektryczną z zagranicy, to będą kupować ją od nas, a gdy my będziemy w takiej sytuacji, to ściągniemy prąd z Litwy. I bilans wyjdzie na zero.

Co poszło nie tak

Niestety, na co wskazuje NIK, te założenia zupełnie się nie sprawdziły. Jak stwierdziła izba w swym raporcie: „Po pierwszych miesiącach funkcjonowania połączenia przesył energii elektrycznej z Litwy do Polski był trzykrotnie wyższy niż z Polski na Litwę”. Tak było też później. I nie zmieniło się do dziś. Według danych firmy PSE, zawiadującej systemem przesyłowym w naszym kraju, w I półroczu 2017 r. import prądu z Litwy do Polski wyniósł 837 GWh, a nasz eksport do tego kraju – 241 GWh. Co gorsza, z tych danych wynika, że nasze ujemne saldo w handlu prądem z Litwą rośnie, a udział tego kraju w naszym imporcie energii elektrycznej wynosi już około jedną czwartą.

To o tyle alarmujące, że Polska już od trzech lat więcej prądu importuje, niż go eksportuje. Najwięcej importuje ze Szwecji (przez podmorski kabel łączący nas z tym krajem) i właśnie z Litwy. Z kraju, który większość potrzebnej mu energii elektrycznej sam importuje. Czyli sprzedaje nam energię, którą kupił od innego kraju.

Dlaczego tak się dzieje? Wyjaśnienie okazuje się proste. Po pierwsze, jak wskazywała firma PSE, do pełnego wykorzystania naszych możliwości eksportu prądu na Litwę brakuje nam jeszcze części potrzebnej w tym celu infrastruktury (chodzi przede wszystkim o planowaną linię przesyłową ze Stanisławowa do Ostrołęki). Ważniejsze jest jednak co innego. Przesył energii elektrycznej między Polską a Litwą nie dotyczy tylko okresów szczytowego zapotrzebowania w jednym lub drugim kraju czy sytuacji awaryjnych, ale jest „realizowany przez rynek tam, gdzie cena energii jest wyższa, w tym kierunku ją się przesyła”. Czyli jeśli prąd jest tańszy na Litwie niż w Polsce, to my go od niej kupujemy, a nie oni od nas.

(…)

Mariusz Kądziołka

Pełną wersję tekstu o moście energetycznym Polska-Litwa oraz więcej informacji o polskiej gospodarce i sektorze finansowym znajdziesz w bieżącym wydaniu „Gazety Bankowej” do kupienia w kioskach i salonach prasowych

Gazeta Bankowa” dostępna jest także jako e-wydanie, także na iOS i Android – szczegóły na http://www.gb.pl/e-wydanie-gb.html

Komentarze