Opinie

Po raz pierwszy od lat ryzyko wymknięcia się inflacji spod kontroli majaczy gdzieś w możliwej przyszłości / autor: Fratria / AS
Po raz pierwszy od lat ryzyko wymknięcia się inflacji spod kontroli majaczy gdzieś w możliwej przyszłości / autor: Fratria / AS

TYLKO U NAS

Czy drożyzna staje się celem ekonomistów?

Jan Rokita

Jan Rokita

Publicysta

  • Opublikowano: 22 sierpnia 2021, 20:15

  • 1
  • Powiększ tekst

Widać jak na dłoni, że obowiązująca dziś w Europie doktryna „ekologii głębokiej” wywraca świat ekonomistów do góry nogami – pisze na łamach „Gazety Bankowej” Jan Rokita

Jerzy Osiatyński to niegdyś ważny polityk Unii Demokratycznej, ceniony profesor ekonomii i minister finansów w rządzie Hanny Suchockiej. W tamtych latach uchodził (co dziś musi brzmieć zabawnie) za „keynesistę”, co w praktyce znaczyło tylko tyle, iż odważał się w ogóle stawiać pytania wobec obowiązującej naonczas „doktryny Balcerowicza”. Jako minister Osiatyński zasłynął tym, że z niespodziewanym budżetowym sukcesem wprowadził VAT, czym zapewnił pełną kasę i komfort rządzenia późniejszym ekipom Pawlaka i Oleksego. Ale przez opinię publiczną zapamiętany został jako autor skrajnych oszczędności budżetowych, z jedynym w dziejach wolnej Polski przypadkiem obniżki emerytur, co doprowadziło do przedwczesnego upadku ówczesnego rządu. Potem przez lata Osiatyński należał do „głównego nurtu” polskich ekonomistów, ostrzegających przed luzowaniem polityki fiskalnej i niebezpieczeństwem wymknięcia się inflacji spod kontroli. Był i jest – co oczywiste, krytykiem polityki PiS.

Dlaczego akurat teraz przypominam tamtą starą historię? Bo kazus Osiatyńskiego jest dziś znamiennym świadectwem trendu, który – jak sądzę – już za chwilę ogarnie także innych ekonomistów. Niegdysiejszy autor restrykcji i późniejszy krytyk fiskalnej lekkomyślności PiS, stał się bowiem teraz jednym z pierwszych, jeśli nie w ogóle pierwszym polskim profesorem ekonomii, który odważa się postulować przejście na politykę… radykalnie proinflacyjną. W jakim celu? Aby w ten sposób wymusić przyspieszenie „zielonej rewolucji”, której Osiatyński wydaje się być wyznawcą. Co ciekawe, propozycja taka pada w czasie, gdy właśnie po raz pierwszy od lat ryzyko wymknięcia się inflacji spod kontroli majaczy gdzieś w możliwej przyszłości, na skutek rozregulowania równowagi fiskalnej przez programy walki ze skutkami zarazy i lockdownów.

W ciekawej debacie o inflacji, jaką zorganizowało TFI Investors, nietrudno dostrzec miękką, mało stanowczą opozycję pomiędzy stanowiskiem prezesa NBP Glapińskiego (który jak wiadomo inflacji się nie boi) i akademickimi ekonomistami, którzy inflacji też w gruncie rzeczy już się bać przestali, ale został im z dawnych lat nawyk przestrzegania przed igraniem ze wzrostem cen, jako „zabawą” dla gospodarki niebezpieczną. Osiatyński też jest wśród tych przestrzegających. Jednak w pewnym momencie rozpoczyna wątek, który na dobrą sprawę obala wszystko, co wcześniej zostało powiedziane. Żeby być dokładnym, cytuję za obszerną relacją na łamach „Rzeczpospolitej”: „Jeżeli uwzględnić aspekty ekologiczne, możliwość zachowania życia na ziemi, to konieczne jest zredukowanie w naszych koszykach konsumpcyjnych produktów o wysokim śladzie węglowym – nie tylko paliw, ale też mięsa i nabiału. Aby to osiągnąć w ciągu pokolenia potrzebny jest wzrost cen paliw i tych produktów żywnościowych rzędu 7-8 proc. rocznie. I to musi się przenieść na ogólny wskaźnik inflacji”. Tyle Jerzy Osiatyński – jeden z ojców antyinflacyjnej polityki lat 90. i krytyk ryzykownej fiskalnie polityki PiS.

Widać jak na dłoni, że obowiązująca dziś w Europie doktryna „ekologii głębokiej” wywraca świat ekonomistów do góry nogami. Przez wiele lat większość z nich (przynajmniej w Polsce) sytuowała się w bezpiecznym nurcie krytyków prawicowego i lewicowego „populizmu”, sugerując, że tylko liberałowie mają receptę na uchronienie nas przed kryzysem. Ale w międzyczasie w Unii Europejskiej nastąpił przewrót myślowy i dawni liberałowie stają się na naszych oczach wyznawcami totalnej „zielonej rewolucji”, która ma nie tylko wstrząsnąć gospodarką, ale także naszym życiem codziennym. Na przykład wymusić zmianę naszego gustu i smaku, co miałoby się dokonać przez sztuczne napędzanie przez polityków wzrostu cen na artykuły „ideologicznie niepożądane” – np. benzynę, mięso, czy masło. Wygląda na to, że „głównonurtowi” ekonomiści będą więc coraz częściej z podwiniętym ogonem podążać za tą rosnącą w siłę „zieloną orkiestrą”. Pytanie tylko – jakim cudem mieliby uratować swą intelektualną wiarogodność?

Jan Rokita

Więcej informacji i komentarzy ze świata finansów i gospodarki czytaj w bieżącym wydaniu „Gazety Bankowej” (nr 08/2021), dostępnym także jako e-wydanie, także na iOS i Android

Szczegóły, jak zamówić e-wydanie „Gazety Bankowej”, kliknij tutaj

Okładka Gazety Bankowej / autor: Fratria
Okładka Gazety Bankowej / autor: Fratria

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Powiązane tematy

Komentarze