Opinie

Fot.sxc.hu
Fot.sxc.hu

"Wprost" sam spartolił aferę podsłuchową

zz zz

  • Opublikowano: 17 czerwca 2014, 11:21

    Aktualizacja: 17 czerwca 2014, 11:37

  • Powiększ tekst

Tygodnik "Wprost" publikując tekst o aferze podsłuchowej źle wprowadził niezwykle ważne, a wręcz wybuchowe informacje do opinii publicznej, bo dał Donaldowi Tuskowi oraz pozostałym bohaterom narzędzia do rozwałki PR. I niestety premierowi i pozostałym się to udało.

Gazeta chciała zacząć w stylu Alfreda Hitchcocka, że najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. I tak zrobiła. Już w pierwszym zdaniu artykułu czytamy:

Ktoś nielegalnie nagrał spotkania szefa MSW, prezesa Narodowego Banku Polskiego, byłego ministra transportu. Taśmy są kompromitujące. Czy to zamach stanu obliczony na obalenie rządu Donalda Tuska?

To nie sensacja, a wręcz bomba. I takie ma się wrażenie po lekturze całego tekstu. Sęk jednak w tym, że z tekstu nie wynika, że ktoś chciał obalić rząd Tuska, bo knuje za jego plecami i dąży do jego politycznego czy nawet fizycznego unicestwienia, a wnioski są wręcz przeciwne.

Jeśli te nagrania miały temu posłużyć, to niestety źle zostały zinterpretowane przez redakcję. Położyła ona akcent na zamach, który to niby miał zostać przeprowadzony z użyciem taśm, a dokładniej treści w nich zawartych, zamiast skupić się na łamaniu prawa i konstytucji przez ministra w rządzie Tuska i prezesa NBP. Inny charakter - karny oraz karnoskarbowy - ma rozmowa Sławomira Nowaka z Andrzejem Parafianowiczem.

Kolejny błąd to ujawnienie tekstu już w sobotę. Te dwa i pół dnia tak naprawdę dało czas Donaldowi Tuskowi do przygotowania obrony. Machina pijarowa wywracania wszystkiego do góry ruszyła pełną parą.

I było to widać podczas konferencji prasowej premiera. Donald Tusk przyszedł na konferencję na luzie, bo wiedział, że ma świetną strategię rozmydlania i deprecjonowania sensacji zawartych w artykule. Z lekkością oświadczył, że minister zostaje, a jedynie wylatuje z polityki Sławomir Nowak. Nawet nie wspomniał o Andrzeju Parafianowiczu, a gdyby nie dociskali niektórzy dziennikarze, tematu w ogóle by nie było.

Kluczem całej strategii jest wyraz "nielegalnie". Gazeta strzeliła sama gola do swojej bramki. Popełniła oczywistą oczywistość, że jak się kogoś nagrywa bez jego wiedzy, to takie nagranie jest nielegalne. I to nie okoliczność nielegalności winna być bohaterem tekstu, ale fakt tego, że Sienkiewicz i Belka planowali wspólną - i wszystko wskazuje na to, że mającą akceptację osób wyżej postawionych - współpracę przy ratowaniu partii PO pieniędzmi z NBP.

I w tym jest sensacja oraz skandal: rząd chce od Narodowego Banku Polskiego finansowania, co prawda deficytu budżetowego, ale czytaj partii Platformy Obywatelskiej i Marek Belka jako prezes NBP się na to godzi, ale w zamian żąda głowy ministra finansów Jacka Rostowskiego i zmian w ustawie o NBP. Co jak już dziś wiemy - dostaje.

Przy tej okazji wychodzi na jaw inne kłamstwo premiera: Tusk wiedział o aferze Amber Gold od Marka Belki.

Te fakty to nie jest żaden zamach stanu, ale przykład zepsucia niektórych polityków, lekceważenia prawa i Polaków, krętactw i wykorzystywania urzędów publicznych do załatwiania partyjnych i prywatnych interesów.

Takie rozłożenie akcentów przez "Wprost" pozwoliło Tuskowi na wywrócenie wszystkiego do góry nogami. Tym torem poszli Marek Belka, który w wywiadzie dla TVN24 mówił, że ta rozmowa była prywatna, a wręcz odbyła się z potrzeby troski o interes państwa!!! Z kolei Bartłomiej Sienkiewicz w tej samej stacji mówił: Istotą tej afery jest nielegalne nagrywanie polityków. Ten, który chciał "innego" finansowania z NBP, bo interes partii PO się wali (cytat jego wypowiedzi: Sytuacja jest trudna. PiS ma 43 proc. poparcia. W budżecie państwa brakuje pieniędzy, opóźniają się wpływy do kasy państwa, cięcia są niewystarczające) jest oburzony tym, że ktoś mógł jego nagrać. Znaczy to ni mniej tylko to, że politycy to święte krowy, nietykalne persony, wara od polityków.

Ten kierunek wyznaczył nie kto inny jak Donald Tusk, który zamiast wywalić Sienkiewicza z hukiem, zostawia go jako ministra i daje jemu - o zgrozo - polecenie znalezienia sprawców nagrań !!! Uczynił go sędzią we własnej sprawie. To jest kpina z Polaków, a premier mieniący się jako liberał i demokrata funduje z uśmiechem na ustach wolności słowa polityczny terroryzm. Premier swoimi decyzjami daje do zrozumienia Polakom, że wszyscy którzy jeszcze raz spróbują takiego numeru to źle skończą, bo znajdziemy każdego. My się nie damy.

Na koniec mam pytanie do prezesa NBP prof. Marka Belki. Jeśli to spotkanie było prywatne, to za potrawy i trunki jakimi pieniędzmi Marek Belka zapłacił, własnymi czy też kartą bankową będącą w dyspozycji prezesa NBP? Bo jak własnymi to było prywatne, a jak państwowymi to....

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych