Opinie

Rosja walczy o słabego rubla

Marek Budzisz

Marek Budzisz

analityk, publicysta tygodnika "Sieci" i "Gazety Bankowej", znawca Rosji

  • Opublikowano: 6 sierpnia 2018, 21:01

    Aktualizacja: 8 sierpnia 2018, 14:38

  • Powiększ tekst

Między marcem a kwietniem tego roku Rosja sprzedała 84 proc. wszystkich posiadanych przez siebie amerykańskich bonów skarbowych. Łączna ich wartość to 81 mld dolarów. Eksperci spekulowali, że jednym z powodów takiego ruchu jest chęć asekurowania się na wypadek zaostrzenia amerykańskich sankcji, ale również pokazanie Waszyngtonowi, że Moskwa nie jest zupełnie bezbronna i może się zrewanżować.

W wymiarze ekonomicznym, potencjały obydwu państw, delikatnie sprawę nazywając, nie są porównywalne. Jeśli idzie o pozycję na rynkach finansowych ta dysproporcja jest jeszcze większa. Jednak, mimo, że Rosja jest, a raczej była na 15 miejscu w rankingu posiadaczy amerykańskich papierów skarbowych, to ostatnio oprocentowanie amerykańskich obligacji wzrosło, pierwszy raz od 2014 do poziomu powyżej 3 proc.. Czy jest to efekt rosyjskiej sprzedaży?

Zdaniem ekspertów przywoływanych przez CNN, co najwyżej krótkotrwały, bo popyt na amerykańskie papiery skarbowe rośnie głownie za sprawą funduszy emerytalnych, które poszukują stabilnych inwestycji. Co innego, gdyby podobny ruch zdecydowały się wykonać Chiny, które w swoich skarbcach mają 10 razy więcej amerykańskich obligacji rządowych niźli Rosjanie. Tylko, że taki fire sell mógłby, jak argumentują analitycy, przynieść im więcej strat niźli pożytków, bo wiadomo, kto szybko sprzedaje ten tanio sprzedaje. Bardziej dolegliwą dla Waszyngtonu strategią mogłoby być powstrzymywanie się od zakupów, ale póki oznak takiej strategii nie widać.

Oglądaj też telewizję wPolsce.pl:

Ale w całej sprawie dość rzadko, a właściwie wcale nie pada pytanie, co się stało z tymi 81 mld dolarów w gotówce, które Moskwa uzyskała ze sprzedaży części swych rezerw? Zarówno rosyjskie Ministerstwo Finansów, jak i Bank Centralny zachowują w tej sprawie dyskrecję, ale eksperci analizujący okresowe sprawozdania tej ostatniej instytucji dochodzą do wniosku, że 81 mld dolarów jest trzymane w bankach, po prostu na lokatach i co ciekawsze głównie zagranicznych, w tym i amerykańskich. Gdyby te analizy się potwierdziły, to z oczywistych powodów upada teoria o uciekaniu przez Moskwę z aktywów mogących zostać w razie sankcji zablokowane. Nie wiadomo też, jakie są koszty takiej operacji, ale oprocentowanie lokat jest przecież niższe niźli US tresury bonds.

Zasadnym pozostaje jednak nadal pytanie, dlaczego Moskwa uprawia tego rodzaju politykę? Tym bardziej, że wzrost rentowności papierów amerykańskich zmniejsza, i to znacznie, atrakcyjność inwestycyjną rosyjskich. Jak informuje rosyjski odpowiednik NIK, obecnie w rękach zagranicznych inwestorów znajduje się ok. 30 proc. rosyjskich bonów skarbowych o łącznej wartości 2,3 bln rubli. Gdyby tę wielkość porównać do roku 2012, to okazuje się, że zaangażowanie nierezydentów w rosyjski dług publiczny jest dziś 10 razy większe. Gdyby w takiej sytuacji, np. wobec wzrostu ryzyka politycznego, nastąpiła masowa wyprzedaż, to spadłaby możliwość zaspokojenia potrzeb pożyczkowych rosyjskiego budżetu, ale również wzrosły koszty plasowania nowych emisji. Jeszcze boleśniejsze skutki miałby taki rozwój wydarzeń dla kursu rubla.

Wydaje się, że mamy do czynienia z polityką mobilizowania rezerw, na potrzeby stabilizowania sytuacji, gdyby zagraniczni inwestorzy stracili serce do rosyjskich papierów skarbowych. Rosyjski bank centralny już dwukrotnie w czerwcu użył płynnych aktywów sanowanych przez siebie banków komercyjnych po to, aby podtrzymać popyt na rządowe papiery skarbowe.

Polityce tej towarzyszy niemalejąca, a wręcz rosnąca aktywność rosyjskiego Ministerstwa Finansów, które skupuje walutę na rynku. W sierpniu planuje wydać na ten cel 383,2 mld rubli, co jest o 35,5 mld rubli więcej niźli w lipcu. W sposób oczywisty rosyjski rząd działa na rzecz osłabienia rubla. Już udało mu się doprowadzić do złamania „żelaznej” do tej pory zasady w myśl, której rosnące ceny ropy naftowej zawsze prowadziły do wzrostu kursu rodzimej waluty. Teraz jest inaczej, bo rubel w porównaniu z jesienią ubiegłego roku osłabł względem dolara o niemal 15 proc. W podobny sposób będą działać i inne rozwiązania, takie jak odchodzenie od zasady w myśl, której wielkie rosyjskie firmy muszą sprzedawać pochodzące z eksportu dolary. Rosnieft już uzyskał tego rodzaju zwolnienie i nie jest wykluczone, że inni też otrzymają tego rodzaju możliwość.

Wydaje się, że rosyjski rząd w sposób dość zasadniczy zmienia swą strategię gospodarczą. Chce się asekurować, co oczywiste, przed bardzo niekorzystnymi szybkimi i głębokimi zmianami trendów, ale w dłuższej perspektywie jest zainteresowany słabnięciem rubla (spokojnym), bo to pobudza rosyjski eksport.

Dane z pierwszego półrocza potwierdzają, że rosyjskie firmy sektora przetwórczego (z wyłączeniem wydobycia i przetwórstwa węglowodorów) intensywnie eksportują. Według ostatnich danych opublikowanych przez Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego za czerwiec eksport towarów z Rosji, w porównaniu z rokiem wcześniejszym wzrósł od 25,2 do 26,7 proc. (w zależności, kto liczył, dane wyższe to informacje z Banku Centralnego). Co ciekawe, tempo wzrostu eksportu do krajów nie będących członkami WNP jest wyższe- kupowały one więcej o ok. 32 proc.

Z trzech potencjalnych driverów rosyjskiego wzrostu gospodarczego – konsumpcji wewnętrznej, inwestycji i eksportu, dwa pierwsze nie działają. Dochody ludności są w stagnacji, popyt konsumpcyjny również, inwestycje stoją, budownictwo, zwłaszcza mieszkaniowe przeżywa najcięższe chwile od 2012 roku. Pozostaje tylko eksport. I rosyjski rząd najwyraźniej na to postawił. Już zaczęto mówić, że realizowana od kilku lat polityka substytucji importu nie będzie kontynuowana. Świadczy o tym choćby fakt, że ostatnie posiedzenie specjalnej rządowej komisji utworzonej przed laty w tym celu miało miejsce 12 kwietnia, a dziś większość jej członków nie wchodzi już w skład rządu. Teraz na piedestale jest eksport.

Zamierzenia są ambitne – w ciągu najbliższych 6 lat urzędnicy zaplanowali, że eksport z Rosji (i nie ma mowy o eksporcie surowców) wzrośnie z dzisiejszego poziomu 140 mld dolarów do 250 mld. Dane te pokazują też z jak niskiego poziomu startuje Rosja, bo trzeba pamiętać, że polski eksport (przecież nie surowcowy) z 5 pierwszy miesięcy tego roku wyniósł 108,8 mld dolarów, a nasza gospodarka jest prawie trzy razy mniejsza od rosyjskiej. Aby to było możliwe rząd nie tylko musi wydawać więcej na promocję rosyjskiej produkcji na świecie, co już zapowiedział, ale również pilnować, aby rubel nie wzmocnił się zbytnio względem walut rozliczeniowych. Oczywiście skuteczność takiej polityki zależy od dwóch czynników – jak długo Rosjanie godzić się będą z na zaciskanie pasa, bo poluzowanie na tym obszarze wzmocni popyt, pobudzi inflację i obniży rentowność eksportu. Ale drugim, ważniejszym czynnikiem warunkującym sukces jest stabilizacja trendu w dłuższej perspektywie. Osłabienie rubla tak, ale nie z dnia na dzień o kilkadziesiąt procent, bo wówczas rwą się więzi kooperacyjne i rentowność eksportu mogą diabli wziąć. Jednym słowem Moskwa stąpa po cienkiej czerwonej linii.

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych