Opinie

www.sxc.hu
www.sxc.hu

A niech to gęś kopnie!

Krystyna Szurowska

Krystyna Szurowska

ekonomistka i publicystka

  • Opublikowano: 3 stycznia 2014, 12:54

    Aktualizacja: 7 stycznia 2014, 10:48

  • 20
  • Powiększ tekst

Polska przez wieki ptactwem stała. Teraz też stoi, ale dopóki nie pojedziemy za granicę trudno się o tym przekonać. Wielu Polaków stojąc nad chłodziarką w niemieckim supermarkecie doznaje szoku, widząc kawał mięcha opatrzony napisem „Polnische Gans” (polska gęś). Jak wielkim zdziwieniem okazuje się pogawędka z Niemcami, którzy prędzej kojarzą nasz kraj z gęsią niż z wódką (nie wiem, czemu akurat mieliby nas z wódką kojarzyć, ale każdemu w Polsce tak się właśnie wydaje). Na jednym z niemieckich forów kulinarnych, pewna persona zapytała, jaką gęś kupić „polską, czy niemiecką” - wirtualni interlokutorzy zdziwili się, że gęś może być nie-polska.

A tu, przewrotność losu – my dziwimy się, że gęś jest polska, bowiem do tej pory tylko w niewielu sklepach można było dostać ten nasz flagowy produkt za granicą i chyba najbardziej popularna potrawa przed peerelowskiej Polski. Kolejny paradoks – musiał wejść do Polski niemiecki Lidl, aby dostęp do naszej narodowej potrawy stał się powszechny.

Lidl ma zresztą więcej zasług w promowaniu rdzennie polskiej kuchni. Można dostać tam królika, przepiórkę, perliczkę. Można też wejść na stronę Lidla, która obfituje w przepisy na typowo polskie, troszkę wyparte w słusznie minionych czasach PRLu, potrawy. Mówimy, że Polacy nie gęsi i swój język mają, a tu się okazuje, że i Polacy gęsi, a i o swoją tradycję nie dbają.

W 2009 roku w Polsce zabijało się 7 milionów gęsi rocznie, czyli ok 22 tysiące ton mięsa, z czego w kraju zjadano tylko 700 tysięcy ton. Na jednego Polaka rocznie przypadało 17-20 gramów gęsiny, podczas gdy przeciętny Niemiec zjada średnio 12 gęsi w przeciągu swojego życia, co uwzględniając średnią długość ziemskiej tułaczki, wynoszącej w kraju Konrada Adenauera 77 lat daje prawie 0,8 kilograma gęsi na Niemca rocznie. W 2013 roku dane wskazywały na zwiększenie naszego spożycia tego ptaka o połowę. Oczywiście zasługi swojej upatrują w tym burmistrzowie gmin, którzy zainwestowali w promowanie jedzenia gęsiny. To jest bzdura, ponieważ na nic zdałyby się ich „promocje”, skoro do tej pory nigdzie nie można było dostać mięsa z gęsi. Burmistrzowie gmin chyba przeceniają swoją władzę, moc, potęgę, sądząc, że po kilku billboardach połowie społeczeństwa zachce się przez tydzień szukać sklepu, gdzie można kupić gęś. Co innego promocja w Lidlu, gdzie nie dość, że obniżka cen  to jeszcze dostępność na wyciągnięcie ręki, a i gąska widnieje nie na jednym plakaciku pod urzędem gminy, a w całej Polsce, na co drugim billboardzie. Przebijesz?

W mizernej ankiecinie, którą znalazłam na wp.pl konsumenci mówią, że jednym z aspektów ich braku miłości do gęsiny jest jej zbyt wysoka cena. To jeden z mniej sensownych argumentów przeciw (podobnie zresztą, jak to, że jest tłusta lub twarda), bowiem kilogram tuszki kosztuje 17-20 złotych. To dwa razy mniej niż łopatka wołowa, czy rostbef i tyle samo, co szynka wieprzowa z kością. No, nie jest to kurczak, do którego niedługo nam będą dopłacać, ale zwracając uwagę na aspekty zdrowotne i kulejącą służbę zdrowia regularne jedzenie gęsiny opłaca się bardziej niż spożywanie wszystkich wyżej wymienionych mięs. Nie dość, że gąska nie jest tak niewybredna jak kurczak i nie można jej zaserwować dętki od roweru, czy starych rajstop. Polskie gęsi jadają najlepsze ze zbóż, czyli owies, dzięki czemu ich mięso zawiera mnóstwo cynku oraz nienasyconych kwasów tłuszczowych. W dodatku zawiera niewiele tłuszczu (3-6%) oraz mnóstwo białka.

Lidl poza akcją promocyjną w postaci lansowania polskich przepisów na dania z gęsi i podkreślania pozytywów płynących z konsumpcji tego szlachetnego miał też banalny, ale genialny pomysł na formę jej sprzedaży. Do tej pory nikt nie pokusił się o sprzedawanie gęsiny w częściach, jeśli gdzieś była dostępna to w całości, co oznaczało ok. 5 kilogramów mięsa. Perspektywa była nieciekawa, bo albo połowa na zmarnowanie, albo do zamrażalnika, gdzie miałaby zalegać tygodniami. Nie każdy ma duży zamrażalnik, a tym bardziej chęć przetrzymywania tam ptactwa. Lidl wyszedł naprzeciw swoim klientom i zaoferował osobno pierś, osobno nóżki, wszystko w 1-kilogramowych porcjach. W pierwszym dniu „promocji” tak sprzedawany ptak rozszedł się w kilka godzin, a na facebooku Lidla skarżyli się rozgoryczeni klienci, że „jak przyszli po pracy to tylko metki mogli pooglądać”. W ten sposób Lidl znalazł kolejny sposób na dobry zarobek, a nam przywrócił jedną z piękniejszych, PRLem wyjałowionych, tradycji.

Czy ktoś chce jeszcze powiedzieć, że kapitalizm nie promuje kultury lub, że państwo robi to lepiej? Przewrotnym, a zarazem smutnym jest to, że tradycje musiała nam przywracać niemiecka sieć supermarketów. Ale liczy się efekt.

 

 

-----------------------------------------------------------------

-----------------------------------------------------------------

Koniecznie zajrzyj do wSklepiku.pl!

Znajdziesz tam książki o różnorodnej tematyce oraz bardzo atrakcyjne gadżety z logotypem wPolityce.pl!

Zapraszamy!

 

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Powiązane tematy

Komentarze