Informacje

Asteroida Bennu / autor: fot. NASA
Asteroida Bennu / autor: fot. NASA

Rudź: "Większe planetoidy są stale monitorowane"

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, w 2019 roku otrzymał Nagrodę im. Władysława Grabskiego przyznawaną przez Narodowy Bank Polski najlepszym dziennikarzom ekonomicznym w kraju

  • Opublikowano: 4 grudnia 2018, 20:03

    Aktualizacja: 4 grudnia 2018, 20:03

  • 0
  • Powiększ tekst

Generalnie przestrzegam przed tym swoistym hurra-pesymizmem i skreślaniem nas jako gatunku w wyniku zbliżającej się kosmicznej katastrofy” - mówi w rozmowie z wGospodarce.pl Przemysław Rudź z Departamentu Edukacji Polskiej Agencji Kosmicznej.

Arkady Saulski: Asteroida Bennu za 160 lat uderzy w Ziemię i być może zgładzi wszelkie życie na naszej planecie. Czy na pewno? Co realnie wiemy o tym ciele niebieskim czy rzeczywiście panika jest uzasadniona?

Przemysław Rudź: To czy Bennu uderzy w Ziemię jest kwestią bardzo dyskusyjną. Generalnie przestrzegam przed tym swoistym hurra-pesymizmem i skreślaniem nas jako gatunku w wyniku zbliżającej się kosmicznej katastrofy. Końców świata mieliśmy ostatnio sporo i jakoś wciąż banki udzielają kredytów, buduje się domy, politycy toczą spory, ludzie żyją i pracują. Owszem, to czy dojdzie do mniejszej bądź większej katastrofy wywołanej upadkiem jakiejś planetoidy, jest kwestią nie czy, tylko kiedy to nastąpi. Obecny stan wiedzy i materiał obserwacyjny wskazuje, że nie nastąpi to szybko, tj. w perspektywie kilkudziesięciu, a nawet kilkuset lat. Nie możemy oczywiście przewidzieć wszystkiego. W ciągu roku spada na Ziemię kilkaset ton materii meteorytowej, z której tylko niewielki ułamek bezpośrednio obserwujemy (vide przypadek meteorytu Czelabińskiego z 2013 roku). Poza tym nie znamy wszystkich obiektów będących na kursie kolizyjnym z Ziemią, a skatalogowanie ich jest chyba zadaniem niewykonalnym. Planetoidy znamy jednak na tyle dobrze, że wiemy, że gdyby nawet któraś z nich kierowała się w stronę naszej planety, to nie będzie to raczej obiekt duży, który mógłby w jakikolwiek sposób zagrozić ziemskiemu ekosystemowi. Zdecydowanie więc łatwiej doprowadzić do globalnej katastrofy w wyniku działalności nas samych, a nie poszukiwać kasandrycznych scenariuszy w odległej przestrzeni kosmicznej. Wspomniana planetoida Bennu to skałka o rozmiarach mniej więcej 500 metrów, a to oznacza, że gdyby nawet uderzyła w naszą planetę, wywołałaby zniszczenia lokalne, może regionalne, ale nie globalne. Obawiałbym się raczej komet, gdyż te są skrajnie nieprzewidywalne, nie wiemy kiedy i skąd przylecą, czy po jakiej orbicie będą się kierowały ku centralnym regionom Układu Słonecznego. Kurs kolizyjny z kilku- czy kilkunastokilometrowej średnicy kometą zwiastuje ogromny kataklizm, który mieliśmy zresztą okazję obserwować. Przypomnę tylko kometę Shoemaker-Levy 9, która w 1994 roku na oczach astronomów całego świata rozpadła się na kilkanaście fragmentów, które jeden po drugim zderzyły się z Jowiszem. Gdyby jej celem była Ziemia, wtedy prawdopodobnie nie pisałabym tych słów.

Odchodząc od katastroficznych wizji - Bennu, zdaniem uczonych, może nosić molekuły organiczne oparte na węglu. Czy więc dodaje to argumentów na rzecz tzw. panspermii, tzn. założenia, że życie na Ziemi powstało dzięki uderzeniu podobnej asteroidy?

Związki organiczne są w kosmosie dosyć powszechne. W skali Układu Słonecznego odkryliśmy je w meteorytach, na planetoidach i kometach, na Marsie, planetach karłowatych, czy księżycach planet. Głęboki Wszechświat również jest ogromnym ich rezerwuarem. Mam tu na myśli mgławice, czyli wielkie obłoki molekularne o rozmiarach dziesiątek i setek lat świetlnych. Nasza Droga Mleczna i inne galaktyki są ich pełne. Kwestia pochodzenia życia na Ziemi to jedno z najbardziej fundamentalnych zagadnień, nie tylko zresztą naukowych, ale również filozoficznych. Panspermia jest ciekawą i dość leciwą ideą, ale nie rozwiązuje głównego problemu. Nie odpowiada ona bowiem na zasadnicze pytanie, czyli jak życie powstało. Mówi ona tylko skąd ewentualnie się na naszej planecie wzięło. Zagadnienie to jest jednak wciąż mocno spekulatywne, a spektrum opinii zawiera się w szerokim zakresie od wyjaśnień czysto teologicznych, poprzez ideę pierwotnej zupy, czyli samoistnego pojawienia się materii ożywionej w wyniku przemian chemicznych zachodzących na młodej Ziemi. Panspermia jest oczywiście też brana pod uwagę, zwłaszcza mając na uwadze epokę tzw. Wielkiego Bombardowania (przez komety, meteoryty i planetoidy), które było dniem powszednim naszej planety jakieś 4 miliardy lat temu. To owe ciała mogły zaszczepić Ziemię życiem (lodowe komety dodatkowo zasilić wodą), ale twierdzenie, że tak istotnie było jest dużą nonszalancją i nie traktowaniem poważnie swoich słuchaczy lub czytelników.

Kiedy możemy spodziewać się wyników badań uzyskanych z sondy Osiris-Rex?

Przez najbliższe miesiące sonda będzie szczegółowo fotografowała i mapowała planetoidę, aby wybrać najodpowiedniejsze miejsce do pobrania próbek gruntu. Fotografie Bennu będą wykonywane z bardzo ciasnej orbity, z odległości kilku kilometrów. W tym czasie przeprowadzone zostaną też eksperymenty naukowe z wykorzystaniem zestawu pokładowych spektrometrów badających skład chemiczny bennusjańskich skał i gruntu. Ciekawe będą również badania tzw. efektu Jarkowskiego, czyli wpływu różnicy w natężeniu emisji promieniowania termicznego wypromieniowywanego przez obracającą się wokół osi planetoidę (ogrzewaną przez Słońce) na zmianę jej orbity. Po wybraniu odpowiedniego miejsca sonda zbliży się do powierzchni planetoidy na zaledwie kilka metrów, aby za pomocą specjalnego ramienia pobrać kilkadziesiąt gramów próbek, które zabezpieczone zostaną w specjalnej kapsule. W 2021 roku otworzy się okno powrotne, które ekipa kontroli lotów wykorzysta na zmianę orbity sondy i skierowanie jej ku Ziemi. Lądowanie kapsuły z zebranym wcześniej materiałem badawczym planowane jest na wrzesień 2023 roku. Wtedy, po ewentualnym sukcesie lądowania (co nie jest takie oczywiste), rozpoczną się szczegółowe analizy, których efekt i naukowe znaczenie poznamy zapewne w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy po zakończeniu misji.

Sonda Osiris-Rex / autor: fot. Wikimedia Commons
Sonda Osiris-Rex / autor: fot. Wikimedia Commons

A czy w przestrzeni kosmicznej znajdują się inne obiekty podobne do Benu, które mogą zagrażać Ziemi w jakiejś bliższej perspektywie czasowej?

Takich obiektów, zwanych też NEO (Near-Earth Objects), znamy obecnie około 19 tysięcy, przy czym zdecydowana większość z nich (około 70%) to obiekty małe, o rozmiarach od kilku do kilkudziesięciu metrów. Są one raczej niegroźne, gdyż ewentualne spotkanie z naszą planetą spowoduje tylko ich spektakularny rozpad w gęstej atmosferze. Jest też kilkutysięczna grupa ciał wielkości planetoidy Bennu, a kilkaset planetoid przekracza rozmiarami kilometr. Największe z tych obiektów nie są jednak na kursie kolizyjnym z Ziemią, mają stabilne orbity, możemy zatem spać spokojnie. Warto pamiętać też, że obecnie co roku obserwujemy kilkadziesiąt niewielkich skałek o rozmiarach kilkunastu metrów, które przelatują pomiędzy Ziemią a Księżycem. Czasem dowiadujemy się o tym w ostatniej chwili, gdyż trudno śledzić je wszystkie. Co do przyszłych zbliżeń z poznanymi już obiektami, warto nasłuchiwać doniesień o planetoidzie Apophis, o średnicy 300 metrów, która według najnowszych pomiarów w kwietniu 2029 roku przeleci w odległości 38 tysięcy kilometrów od Ziemi. Rok wcześniej w czerwcu w nasze sąsiedztwo zawita większa, bo około-kilometrowej średnicy, planetoida (153814) 2001 WN5, która minie Ziemię w odległości 250 tysięcy kilometrów. Większe planetoidy są stale monitorowane, aby na bieżąco poprawiać i uściślać ich obliczone orbity. Tylko w taki sposób możemy rzetelnie prognozować przyszłe potencjalnie niebezpieczne zbliżenia. Nieprzewidywalna zmiana orbity planetoidy w wyniku minięcia planety, zderzenia lub minięcia z inną planetoidą, sprawiają że obliczona wcześniej orbita staje się bezużyteczna, potrzeba nowych obserwacji. Trzeba być czujnym, obserwować stare i katalogować nowo odkryte ciała, ale nie można robić tego w atmosferze paraliżującego strachu i kolejnych medialnych sensacji o zbliżającym się armagedonie. Amerykanie systemowo skanują przestrzeń kosmiczną już od wielu lat w ramach wielu projektów automatycznego przeglądu nieba. Tymczasem Europejska Agencja Kosmiczna wdraża sztandarowy program SSA (Space Situational Awareness), w którym udział bierze również Polska. Ma on na celu, poza badaniem pogody kosmicznej, śledzeniem satelitów i groźnych dla nich śmieci kosmicznych, także szczegółowe monitorowanie obiektów NEO. To na pewno krok w dobrym kierunku i perspektywiczny obszar aktywności naukowców i inżynierów szeroko rozumianej branży kosmicznej.

Rozmawiał Arkady Saulski.

Powiązane tematy

Komentarze