Opinie

Na jeden temat przy czwartku: Dopłaty do hektara, kwoty na mleko. Komu szkodzą?

Krystyna Szurowska

Krystyna Szurowska

ekonomistka i publicystka

  • Opublikowano: 21 marca 2013, 08:59

  • 31
  • Powiększ tekst

Zapraszam Państwa do kolejnego artykułu z nowego, interaktywnego cyklu. Wprawdzie pod każdym artykułem można zostawiać komentarze i wchodzić w dyskusję, jednak nie ma co liczyć na nic więcej, niż kulturalna wymiana zdań. My proponujemy Państwu konkurs, który  promuje najciekawsze komentarze. Co czwartek pojawia się artykuł w cyklu "na jeden temat". Spośród komentarzy poniżej wybieramy najlepszy, który zostanie opublikowany jako samodzielny artykuł, lub którego autor będzie mógł rozwinąć swoją myśl i napisać autorski tekst, który opublikujemy na portalu. Oceny będzie dokonywać zespół redakcyjny bezstronny, obiektywny, do łapówek nieskory. Zachęcam Państwa do rzeczowej i kulturalnej dyskusji - w końcu niecodziennie można zostać dziennikarzem wGospodarce.pl!

W poprzednim tygodniu autorem najlepszego komentarza pod artykułem „czy dług publiczny dotyczy nas wszystkich” jest....(orkiestra tusz!) RICO. Napisanymi komentarzami wygrywa publikację swoich myśli na portalu wgospodarce.pl. Prosimy o kontakt redakcja@wgospodarce.pl w celu uzgodnienia szczegółów publikacji.

 

Na jeden temat przy czwartku: Dopłaty do hektara, kwoty na mleko. Komu szkodzą?

Dziwnym sposobem świat się tak ułożył, że rolnicy to jedyna grupa „prywaciarzy”, uwielbiana przez socjalistów. Ciągle słyszymy, że rolnika trzeba chronić, że trzeba mu ułatwiać, że rolnik nie może tak tanio sprzedawać owoców swojej ciężkiej pracy fizycznej - traktor, kombajn, siewnik. Nie wiem, czy jest to efektem systemu feudalnego, który w Europie skończył się około średniowiecza (poza wyspą Sark, gdzie skończył się ok 2008, ale w zasadzie tylko formalnie) i do teraz każą nam za niego pokutować, czy może wynika to z tego, że nadal są ogromną grupą wyborców,  którym trzeba naobiecywać?

Rolnikom jest zawsze źle. Albo jest nieurodzaj, powódź, susza i wtedy nie ma czym handlować. Albo jest świetna pogoda i duże zbiory i jedzenie tanieje. Nie ma takiej sytuacji, która by rolnikowi odpowiadała - jak jest słońce to świeci, jak deszcz to pada. W związku z tym, albo wysypują pszenżyto na drogi, albo biadolą pod sejmem. Nie widziałam jeszcze strajku fryzjerów, że pogoda zła i ludziom się włosów ścinać odechciało, albo że konkurencję za dużą mają. Rolnik strajk ma wpisany w naturę?

Odpowiednio do pory roku słyszymy, że musimy Unii oddać jakiś niemały pieniądz, bo za dużo mleka, żeśmy wyprodukowali, albo za dużo łososi złowili. A jak nie do przekroczonych limitów,  to dopłata do hektara dla małorolnych. Zacznijmy od tak zwanych kwot na mleko. Działa to mniej więcej tak: unia (czyli kto?) podzieliła, ile który kraj mleka produkować będzie. Każdemu rolnikowi przysługuje x litrów mleka - kwota. Na rynku wtórnym można sprzedawać przydziały, więc jeśli ktoś nie ma krowy może odsprzedać swoją „kwotę”. Limity produkcyjne mają na celu utrzymanie stałej ceny mleka, czyli „pomóc” rolnikowi. W rzeczywistości tracą na tym rolnicy i konsumenci. Pomijając wszystko, za samo przekroczenie limitu są bardzo wysokie kary - np. 64 miliardy złotych. Poza tym Polska jest zagłębiem mlecznym - tu chyba każdy ma krowę i gdyby nie kwoty, spokojnie moglibyśmy zalać naszym dobrym i tanim mlekiem całą UE. Skorzystaliby na tym konsumenci - tańsze mleko i wyroby mleczne oraz dobrzy producenci mleka, którzy są w stanie produkować szybko i dużo. Oczywiście producenci  na przykład w Niemczech, czy Francji (co najgorsze we Francji!) wypadliby z obiegu, albo musieliby konkurować czymś innym niż ceną. Przy miłości Niemców do produktów żywnościowych z regionu z pewnością mleko nazywające się „Berchtesgaden” (miasteczko w Bawarii) znalazłoby swoje miejsce na rynku obok taniego „Łaciatego”. Rolnicy mogliby produkować więcej mleka, które lepiej by „szło” z tytułu ceny, a małe polskie gospodarstwa nie wytrzymujące konkurencji cenowej ze względu na tradycyjny sposób hodowli krów i uzyskiwania mleka,  z powodzeniem mogłyby się zająć sprzedawaniem droższego mleka „bio” lub „dobrego regionalnego”- nie samym hipermarketem rolnik żyje. Utrzymywanie kwot kosztuje społeczeństwo całkiem sporo, ponieważ musi istnieć odpowiedni organ kontrolny i zajmujący się „logistyką kwotową”. Do tego kary za przekroczenie limitu oraz droższe mleko w sklepie. W moim odczuciu kwoty na jakiekolwiek produkty szkodzą i nikomu od nich nie jest lepiej.

Coroczne dopłaty do hektara. Widzę tutaj pewną niekonsekwencję. Jeśli dany rolnik dobrze sobie radzi, jest stosunkowo majętny i jego interes się „kręci”,  to po co mu dopłata do hektara? Równie dobrze możemy dopłacać Google do każdego wyszukiwanego hasła albo Starbucksowi do każdej nowej filii. A jeśli rolnik nie może sobie poradzić bez dopłaty do hektara to chyba lepiej mu dopłacić raz, a porządnie do przebranżowienia się, niż ciągle mu do bezużytecznej ziemi dorzucać gorsz. Wiecznie wypłacane pieniądze „za nic” będą skutkować  rozleniwieniem, a kiedy fundusze się skończą będzie za późno na przebranżowienie i chłop zostanie z niczym.

Abstrahujemy tu od niektórych przedsiębiorczych grup społecznych, które inwestując w hektar ziemi, stały się pełnoprawnymi rolnikami i mogą ubezpieczać się w KRUS-ie. Od razu oszczędzają na składkach do ZUS-u!

Błędne koło dopłat, kwot i „dbania” o rolnika w rzeczywistości szkodzi samym zainteresowanym. Szkodzi też konsumentowi, o którego dobro tu głównie powinno chodzić. Przede wszystkim dlatego, że na nim wolny rynek się opiera, a po drugie dlatego, że konsumentów jest zwyczajnie więcej.

A Państwo? Jak państwo zapatrują się na kwoty mleczne (i nie tylko mleczne) oraz dopłaty do hektara? Z czego państwa zdaniem wynika socjalistyczna miłość do rolnika. Zapraszam do dyskusji.

Powiązane tematy

Komentarze