Informacje

Pixabay / autor: fot. Pixabay
Pixabay / autor: fot. Pixabay

Handel emisjami to broń na najbiedniejszych

Zespół wGospodarce

Zespół wGospodarce

Portal informacji i opinii o stanie gospodarki

  • Opublikowano: 5 stycznia 2022, 09:00

  • 0
  • Powiększ tekst

Unijny system handlu emisjami uderza w biedniejsze państwa UE. Trzeba go szybko zreformować, jak postuluje polski rząd - uważa europoseł Bogdan Rzońca (PiS). Europoseł Jerzy Buzek (PO) wskazuje, że ceny energii gwałtownie rosną na całym świecie. Przyznaje jednocześnie, że reforma jest potrzebna, a jej projekt jest gotowy.

Zdaniem europosła Bogdana Rzońcy (PiS), wysokie ceny uprawnień do emisji na rynku ETS powinny budzić obawy. „Bez wątpienia mogą być one zagrożeniem dla unijnych firm. Pamiętajmy, że kraje UE różnią się pod względem dostępu do źródeł energii. Co więcej, ETS uderza w biedniejsze państwa członkowskie, którym zależy na czystym klimacie, a które jednocześnie muszą najwięcej płacić za uprawnienia do emisji. Nie ma więc równego startu do walki z zanieczyszczeniami środowiska. Firmy w tych krajach płacą więcej za prąd, z tego powodu upadają lub uciekają z produkcją poza UE”.

W opinii europaralemntarzysty, obecna sytuacja jest szokiem dla konsumentów. „Firmy i indywidualni konsumenci nie rozumieją mechanizmu wycofywania darmowych uprawnień do emisji, które są trzymane w rezerwie. Komisja Europejska mówi tymczasem, że nic się nie dzieje, że rynek rozwiąże wszystko. Otóż nie! Po pandemii Covid-19 nadal najciężej mają najbiedniejsze państwa. Tam, po upadku firm nastąpi bezrobocie, a pracownicy z tych państw będą emigrować w poszukiwaniu pracy. UE będzie musiała zwiększać wydatki na cele społeczne, pomagać bezrobotnym. To chocholi taniec niemocy UE” – powiedział.

Zdaniem Rzońcy, gdyby UE chciała solidarnie pomagać krajom członkowskim, to dostrzegłaby ten problem. „Jednak nie chce, bo zmierza do budowy federalnego państwa europejskiego i chce mieć słabe państwa członkowskie, chce je uzależnić i zwasalizować. Bogate kraje UE chcą mieć pod swą kontrolą biedniejsze państwa i zmierzają do tego, by pozostawić biednym krajom energię na ciepłą wodę i prąd do lodówki. To ma im wystarczyć, bo biedni nie powinni nic produkować tylko kupować u bogatych. I to jest skandal!” – wskazuje.

W opinii europosła PiS reforma rynku ETS, którą postuluje polski premier, to właściwy krok. „Ta reforma potrzebna jest bardzo szybko. Eurostat ma pełne analizy sytuacji energetycznej UE. Dużo reformować nie trzeba, należy tylko słabszym krajom wydać więcej darmowych uprawnień i rzetelnie przeciwdziałać spekulacji. Podobnie jak na każdej giełdzie można wprowadzić ograniczenia zakupu uprawnień dla tych, którzy nie produkują energii. Mam ograniczone zaufanie do Europejskiego Urzędu Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych, który zapewne działa jak TSUE - czyli jest polityczną emanacją większości politycznej w UE i działa pod politycznym nadzorem tej lewicowo-zielono-ludowej większości. Nie tam powinniśmy szukać sprawiedliwości tylko w porozumieniu liderów państw UE” – tłumaczy.

Rzońca nie zgadza się z opinią Komisji Europejskiej, która uważa, że ceny w ETS ustala sam rynek i system działa dobrze.

„Inny był jego cel. Na systemie zarabiają obecnie nie ci, którzy powinni. To jest brak elementarnej solidarności w UE. Zamęczenie i niszczenie gospodarki w UE skończy się niechęcią do UE w wyborach na kontynencie. To też szansa dla konserwatywnej Europy, bo można pokazywać to, jak słaba jest reakcja UE na pandemię, jak bezbronna i bezmyślna jest wspólnota, która pozwala np. wyprowadzać produkcje leków czy innej produkcji do Chin. Atom czy gaz muszą być w mixie energetycznym, inaczej wszyscy w Europie przegramy. Wciskanie liberalnych komunałów, że Wolny Rynek decyduje o gospodarce europejskiej jest dziecinadą! Kapitał chiński, amerykański czy niemiecki dobrze dba o „swoje”, a polityka klimatyczna to zasłona dymna. To sposób na uzależnienie słabszych gospodarek od silniejszych. Hasło „chrońmy klimat” jest piękne, ale środki do jego realizacji są niesprawiedliwe rozprowadzanie i mają służyć czemuś innemu - budowie jednej gospodarki europejskiej w jednym europejskim państwie, gdzie będą „równi i równiejsi” - podsumowuje Rzońca.

Były premier, europoseł Jerzy Buzek (PO) uważa, że wysokie ceny uprawnień to duże wyzwanie - przede wszystkim dla konkurencyjności firm skazanych na energię wytwarzaną, jak to ma miejsce w Polsce, głównie z węgla.

Buzek zwraca uwagę, że „w innych krajach, jak Węgry czy Czechy intensywnie budowano bloki atomowe, w Hiszpanii i we Włoszech - wielkie farmy fotowoltaiczne i wiatrowe na lądzie i na morzu”.

System ETS od początku pomyślany był jako - z jednej strony - instrument rynkowy, zachęcający energetykę, przemysł czy ciepłownictwo do inwestycji eliminujących emisje CO2, by nie ponosić związanych z tą emisją kosztów, a z drugiej strony - jako instrument finansowy, gwarantujący istotne środki na realne wsparcie tych branż w ich dążeniu do bycia zeroemisyjnym i tworzenia nowych, trwałych miejsc pracy. Przypomnę, że w 2020 r. Polska zarobiła na ETS ponad 12 mld zł - to ok. 3 proc. całego budżetu naszego państwa. A w 2021 r., również ze względu na rosnące ceny uprawnień, była to kwota blisko dwa razy wyższa! W ciągu ostatnich 6 lat Polski budżet został zasilony sumą, z której można było wybudować 2-3 duże farmy wiatrowe na Bałtyku, z których produkcja prądu nie byłaby przecież obciążona żadnymi opłatami za emisję CO2. Zamiast tego od lat budowaliśmy nowe bloki węglowe” - wskazał.

Warto zapytać więc po pierwsze - na co wydawane są pieniądze z ETS i dlaczego od lat raczej nie na działania obniżające emisje CO2? Po drugie - co w ogóle zrobiliśmy w ciągu tych lat, odkąd uruchomiono system ETS, aby zmniejszyć jego presję na polską gospodarkę - i dlaczego tak mało? Po trzecie - i to pytanie kluczowe - co rząd planuje, by zmniejszyć tę presję w przyszłości? Od razu odpowiem: rozwiązaniem na pewno nie jest ustalenie skrajnie nierealistycznej daty wyjścia z węgla dopiero na 2049 r., przyjęcie ustawy odległościowej, zabijającej niezwykle konkurencyjną energetykę wiatrową, wstrzymywanie rozwoju równie atrakcyjnej kosztowo energetyki prosumenckiej poprzez uderzanie we właścicieli paneli słonecznych czy brak jakichkolwiek decyzji odnośnie budowy elektrowni atomowej. Z ETS jest trochę jak z termometrem: to nie jego wina, że mamy gorączkę. I nawet jeśli go zbijemy, nie poprawi to naszego stanu zdrowia” - mówi Buzek.

Były premier wskazuje, że ceny energii gwałtownie rosną tak naprawdę na całym świecie - także tam, gdzie nie ma żadnych systemów handlu uprawnieniami do emisji CO2.

Przyczyny tych wzrostów są złożone: od odbicia gospodarek po szczytowym okresie pandemii COVID-19 i zwiększenia globalnego popytu na energię i inne surowce, przez niekorzystne warunki pogodowe, aż po bezprecedensowo wysokie ceny gazu, głównie w wyniku - wszystko na to wskazuje - działań rosyjskiego Gazpromu, próbującego wymusić w ten sposób szybkie uruchomienie rurociągu Nord Stream 2. W Unii dochodzi do tego jeszcze sytuacja na rynku ETS, ale powtórzę: dotyczy to w pierwszej kolejności krajów uzależnionych od węgla, tak jak - niestety - Polska. Pamiętajmy przy tym, że to uparte i niemające ekonomicznego uzasadnienia tkwienie przy węglu już wcześniej sprawiało, że ceny hurtowe energii mieliśmy bodaj najwyższe w Europie - nawet wtedy, gdy uprawnienia ETS były 10 razy tańsze niż dzisiaj” - uważa europoseł PO.

Buzek przyznaje, że reforma rynku ETS jest potrzebna, „a jej propozycja - wcześniej dyskutowana szeroko w Unii, a polski rząd miał możliwości wpłynięcia na jej kształt - leży na stole od lipca 2021 r”.

To wtedy Komisja Europejska opublikowała jej założenia - w ramach pakietu legislacyjnego „Fit for 55”. Jego wdrożenie ma umożliwić UE realizację nowego, wyższego celu redukcji emisji CO2 na 2030 r. - o co najmniej 55 proc. w porównaniu do 1990 r. - i neutralności klimatycznej najpóźniej do 2050 r. Co warto podkreślić - i na jedno, i na drugie, polski rząd się zgodził, podobnie jak w czerwcu 2007 r. zaakceptowaliśmy - decyzją premiera i prezydenta - pierwszy unijny pakiet klimatyczny 3x20, a w grudniu 2015 r. - rezultaty przełomowej konferencji klimatycznej COP21 w Paryżu. O ostatecznym kształcie reformy 2021/2022 zdecyduje teraz Parlament Europejski i państwa członkowskie w Radzie UE” - podkreśla.

Buzek ma nadzieję, że „uda się wynegocjować zapisy, które po pierwsze - będą w pełni uwzględniały różnice potencjałów i punktów startowych między krajami UE oraz specyfiki ich systemów energetycznych; po drugie - pozwolą, zgodnie z założeniami dyrektywy o ETS, na redukcję emisji CO2 w sposób najbardziej efektywny kosztowo; i po trzecie - że zapewnią dodatkowe, poważne środki na transformację energetyczną Polski, proporcjonalne do tych, które w 2014 r. wywalczył rząd PO-PSL w zamian za poparcie celu 40 proc. redukcji emisji do 2030 r.”.

Buzek uważa też, że warto „ograniczyć system ETS wyłącznie do tych, którzy potrzebują uprawnień, by realizować swoją działalność - tak jak firmy energetyczne, ciepłownicze lub przemysł energochłonny”. „Tego postulatu będę bronił” - wskazuje.

Z Brukseli Łukasz Osiński

PAP/ as/

Wiadomości Google

Kliknij Obserwuj i bądź na bieżąco!

Powiązane tematy

Komentarze