Czy "Dr Copper" przewiduje nadchodzącą stagflację?
Dr Copper znów przyciąga uwagę rynków, bo w środę cena miedzi spadła o ponad 5 proc., schodząc poniżej 5,5 dolara za funt. To była piąta z rzędu spadkowa sesja tego metalu, a miedź oddała cały wzrost osiągnięty od początku roku. Jeszcze 29 stycznia notowania były na historycznym szczycie 6,58 dolara za funt, dlatego obecny zwrot wygląda szczególnie wyraźnie. Na spadki wpłynął także komunikat po decyzji Fed, co prawda stopy pozostały bez zmian ale Jerome Powell wskazywał, że presja inflacyjna była silna jeszcze przed wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie. Spadek cen wynika głównie z czynników krótkoterminowych, ale pojawia się w momencie, gdy coraz częściej wraca temat stagflacji, czyli połączenia wyższej inflacji i wolniejszego wzrostu gospodarczego.
Spadek cen miedzi o ponad 5 proc. w trakcie jednej sesji to sygnał, którego rynki zwykle nie ignorują. Ten metal od lat traktowany jest jak barometr globalnej koniunktury, bo jest potrzebny niemal wszędzie, od budownictwa i przemysłu po energetykę i AI. Miedź bywa nazywana doktorem Copper, bo rynek przypisuje jej wyjątkową zdolność do wyprzedzającego sygnalizowania zmian w gospodarce. Jeśli ceny rosną, zwykle oznacza to wiarę w mocny przemysł, inwestycje infrastrukturalne i stabilny popyt. Jeśli spadają, pojawia się obawa, że firmy zamawiają mniej surowca, bo spodziewają się słabszej aktywności. W obecnym otoczeniu taki ruch jest szczególnie uważnie obserwowany, ponieważ coraz częściej wraca temat stagflacji, czyli połączenia podwyższonej inflacji z wolniejszym wzrostem gospodarczym. To jeden z trudniejszych scenariuszy dla banków centralnych, rynków i zwykłych gospodarstw domowych, bo utrudnia walkę z inflacją, a jednocześnie pogarsza perspektywy dochodów i inwestycji.
Cena miedzi w środę spadła poniżej 5,5 dolara za funt (czyli 12125 dolarów za tonę), co oznacza, że rynek oddał cały tegoroczny wzrost. Bezpośrednią przyczyną spadku cen jest wyraźny wzrost zapasów na najważniejszych giełdach surowcowych. Taki ruch zazwyczaj oznacza, że fizyczny rynek jest słabszy, niż wcześniej zakładano. Dla inwestorów to jasny sygnał, że popyt wyhamował, a ceny mogą znaleźć się pod dodatkową presją.
Najważniejszym źródłem tego osłabienia pozostają Chiny, które odpowiadają za około 60 proc. światowego popytu na miedź. Jeżeli tamtejszy przemysł, budownictwo lub inwestycje infrastrukturalne tracą impet, skutki szybko widać na całym rynku. A to właśnie Chiny przez lata były głównym motorem wzrostu zużycia metali przemysłowych.
Dodatkowym obciążeniem dla notowań była decyzja amerykańskiej Rezerwy Federalnej o pozostawieniu stóp procentowych bez zmian i komunikat po posiedzeniu. Brak obniżki wzmocnił dolara, a to dla notowań miedzi jest niekorzystne. Surowce są wyceniane właśnie w amerykańskiej walucie, więc gdy dolar się umacnia, zakup metalu staje się droższy dla odbiorców z innych części świata. To zwykle ogranicza popyt i zwiększa presję na ceny.
Za większą zmienność na rynkach, w tym także na rynku surowców, odpowiada oczywiście konflikt na Bliskim Wschodzie. Silny wzrost cen ropy podnosi koszty wydobycia miedzi, ponieważ energia jest jednym z kluczowych składników kosztowych w górnictwie i hutnictwie. Szacuje się, że wzrost ceny ropy o 10 proc. przekłada się średnio na wzrost kosztów wydobycia o 3,5 proc., a obecne notowania ropy powyżej 100 dolarów, wyraźnie wyższe od średniej z 2025 roku, mogły już podnieść te koszty o około 15 proc. Skala tego obciążenia nie jest jednak wszędzie taka sama, bo najwyższe koszty ponoszą producenci w Europie, także w Polsce, oraz w Azji, a najniższe w USA, gdzie dostęp do tańszych lokalnych źródeł energii pozostaje większy. Mimo to obecny wzrost kosztów powinien być dla producentów do udźwignięcia, ponieważ cena miedzi nadal pozostaje wyraźnie powyżej średnich poziomów z ostatnich lat.
Na to nakładają się również problemy w handlu międzynarodowym. Ograniczenia w transporcie miedzi do USA i spowolnienie wymiany związane z cłami dodatkowo zaburzają przepływ surowca. W efekcie rynek dostaje jednocześnie kilka niekorzystnych impulsów. Z jednej strony rosną zapasy, z drugiej popyt z największej gospodarki zużywającej miedź jest słabszy, a z trzeciej pogarsza się nastawienie inwestorów finansowych, którzy po wcześniejszych wzrostach coraz chętniej realizują zyski.
Obawy dotyczące stagflacji to jedno, ale fundamenty popytu na miedź w perspektywie najbliższych lat pozostają mocne. Ten metal jest niezbędny dla elektromobilności, rozbudowy sieci energetycznych, odnawialnych źródeł energii, ale przede wszystkim jest kluczowy dla centrów danych związanych z rozwojem sztucznej inteligencji. Choć obecnie magazyny są pełne miedzi to w dłuższym terminie globalny popyt może wzrosnąć do 42 mln ton do 2040 roku, co może skutkować silnym deficytem metalu w perspektywie kilku najbliższych lat.
W obecnej sytuacji inwestorzy próbują ocenić dwa przeciwstawne ryzyka: możliwe zakłócenia podaży metali oraz spadek światowego popytu przemysłowego, jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie mocniej uderzy w gospodarkę. Widać słabszy popyt, rosnące zapasy, mocniejszego dolara i większą ostrożność inwestorów, ale długoterminowe fundamenty popytu na miedź pozostają mocne. Dla inwestorów oznacza to większą zmienność i większą wrażliwość rynku na dane makroekonomiczne, decyzje banków centralnych oraz sygnały z Chin. To także przypomnienie, że w najbliższym czasie warto uważniej patrzeć na ryzyko, koszty pieniądza i siłę dolara.
Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce
»» Odwiedź wgospodarce.pl na GOOGLE NEWS, aby codziennie śledzić aktualne informacje
Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.