Informacje

Marek Budzisz, publicysta tygodnika „Sieci” i „Gazety Bankowej”, znawca Rosji / autor: Andrzej Wiktor
Marek Budzisz, publicysta tygodnika „Sieci” i „Gazety Bankowej”, znawca Rosji / autor: Andrzej Wiktor

TYLKO U NAS

Przed nami epoka chaosu

Gazeta Bankowa

Gazeta Bankowa

Najstarszy magazyn ekonomiczny w Polsce.

  • Opublikowano: 22 grudnia 2022, 13:30

  • Powiększ tekst

Na skutek agresji Rosji na Ukrainę mamy do czynienia z zmianami o skali porównywalnej do tych, które nastąpiły po II wojnie światowej. Przypomnijmy, że wówczas jak domek z kart rozsypały się dwa wielkie imperia kolonialne – brytyjskie i francuskie – a polityczna, gospodarcza i społeczna mapa świata uległa rewolucyjnym zmianom. Tak będzie i teraz - ocenia Marek Budzisz, publicysta tygodnika „Sieci” i „Gazety Bankowej”, znawca Rosji w tekście opublikowanym na łamach rocznika „Polski Kompas 2022”

Julian Lindley-French, profesor studiów strategicznych i doradca brytyjskiego rządu, napisał niedawno, że amerykańska hierarchia celów strategicznych i wizja relacji sojuszniczych w najlepszy sposób odwzorowana jest w tegorocznej Strategii Obrony. Jest to co prawda nadal tajny dokument, ale z przecieków wiadomo, że Kongres na tzw. Europejską Inicjatywę Obronną przeznaczył w 2022 r. 4,2 mld dolarów, podczas gdy na taką samą, ale skoncentrowaną na Pacyfiku, 6 mld. Zagrożenie chińskie nadal, mimo trwającej wojny w Ukrainie, jest postrzegane przez Waszyngton w kategoriach głównego, historycznego wyzwania, a bezpieczeństwo w Europie w opinii brytyjskiego stratega musi być w większym stopniu domeną samych Europejczyków. Jeśli tak się stanie, to zmiany obejmą nie tylko kwestie związane z bezpieczeństwem, lecz będą miały głębszy, geostrategiczny wymiar. Nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o prorosyjskie wystąpienia prezydenta Macrona i kanclerza Scholza, którzy sprawiają wrażenie, jakby celem ich działania było możliwie szybkie, nawet kosztem ukraińskich strat terytorialnych, zakończenie wojny na wschodzie w taki sposób, aby „nie upokarzać Putina”. Zmiany mogą mieć, jak napisał w periodyku „Foreign Affairs” Mark Leonard, senior fellow w Europejskiej Radzie ds. Polityki Zagranicznej, charakter znacznie głębszy, oznaczający w gruncie rzeczy kres porządku powojennego, określanego też mianem Pax Americana. System stworzony po II wojnie światowej polegał, z grubsza rzecz biorąc, na dominacji Ameryki i wymuszonym, w wyniku wojennej klęski, „sztucznym osłabieniu” Niemiec i Japonii. Teraz, w obliczu nowych wyzwań, zarówno Berlin ogłaszając politykę Zeitwende i deklarując przeznaczenie 100 mld euro na zbrojenia, jak i Tokio przyjmując najwyższy w historii budżet wojskowy, schodzą z tej drogi. W dłuższej perspektywie wywoła to zmiany strukturalne o trudnym do przewidzenia dziś wymiarze, jednak jedno jest już obecnie pewne – układ sojuszniczy, określany zbiorczym terminem obozu Zachodu, będzie musiał mieć bardziej zrównoważony, partnerski charakter, albo znajdzie się w kryzysie. Już obecnie na tle polityki wobec wojny w Ukrainie można obserwować, w ramach koalicji chętnych, polaryzację między światem anglosaskim i wspierającymi stanowcze działania wobec Rosji państwami skandynawskimi i Europy Środkowej a potęgami Europy kontynentalnej. W przyszłości podziały te albo ulegną pogłębieniu, albo cała polityka świata Zachodu będzie musiała – po to, aby tych podziałów uniknąć – ulec zmianie.

Znaki zapytania nad Ukrainą

W krótszej perspektywie, związanej z wojną w Ukrainie, bardziej prawdopodobny staje się scenariusz zamrożenia działań na froncie. Wadim Fesenko, ukraiński politolog, napisał, że niedawna zbiorcza wizyta liderów Francji, Niemiec i Włoch w Kijowie może się wiązać z próbą wywarcia na Zełenskim presji, aby ten przyjął kompromis, określany zbiorczym terminem Mińsk 3. Zawieszenie broni, które równałoby się zatrzymaniu przez Rosjan ich dotychczasowych zdobyczy terytorialnych, miałoby być „osłodzone” Ukrainie przyznaniem Kijowowi statusu kandydata do Unii Europejskiej, znaczącymi środkami na odbudowę oraz odblokowaniem portów, niezbędnych, aby wywieźć płody rolne. Zdaniem wielu wypowiadających się na ten temat ekspertów dostrzegalne różnice między Anglosasami a zachodnimi Europejczykami w kwestii zakresu pomocy wojskowej dla Ukrainy nie są w istocie aż tak głębokie, jak wyglądają na pierwszy rzut oka. Praktycznie nikt nie wierzy w to, że Ukraina może wojnę z Rosją wygrać, a na Zachodzie coraz popularniejszy jest pogląd, że taki scenariusz mógłby być nawet groźny, bo rosyjska elita w obliczu nadchodzącej klęski mogłaby zdecydować się na eskalację do poziomu nuklearnego. A zatem dzisiejsze dyskusje w obozie państw Zachodu dotyczą kwestii pozycji negocjacyjnej Kijowa przy stole rokowań z Moskwą. Waszyngton chce kontynuować dostawy, bo w ten sposób poprawia się sytuacja Ukrainy przed ewentualnymi rozmowami. Paryż i Berlin są zdania, że już obecnie należy je rozpocząć, nie ryzykując usztywnienia stanowiska Moskwy i licząc na powolną odbudowę relacji z Rosją, co jest ważne z punktu widzenia gospodarczych interesów zachodu Europy.

Gdyby w ten sposób spojrzeć na obecną fazę wojny rosyjsko-ukraińskiej, to kwestią ważniejszą staje się też nie to, w jaki sposób i kiedy ona się zakończy, bo prędzej czy później to musi się stać, ale w jakim stanie wyjdzie z niej Ukraina, bo to będzie jeden z głównych czynników kształtujących powojenną sytuację w Europie.

Denis Szmychal, premier Ukrainy, w artykule opublikowanym na łamach brytyjskiego tygodnika „The Economist” napisał, iż według rządowych szacunków PKB Ukrainy w 2022 r. skurczy się o 30 do 50 proc., co oznacza, że z 200 mld dolarów – bo tyle wyniósł on w 2021 r. – zostanie 100–140 mld. Jeśli wojna przeciągnie się na przyszły rok, to ze względu na emigrację kilku milionów obywateli, blokadę handlu zagranicznego i zniszczenia przemysłu te perspektywy jeszcze się pogorszą. Ale to oczywiście nie koniec opisu sytuacji. W ciągu sześciu tygodni wojny straty Ukrainy z powodu zniszczeń infrastruktury, przedsiębiorstw, domów (do czerwca 2022 zniszczono 7 tys. budynków) etc. według szacunków „z grubsza” zamknęły się kwotą 500 mld dolarów, a w opinii Szmychala do końca roku może to być nawet 1 bln dolarów. Igor Burakowski, ukraiński ekonomista kierujący think tankiem Instytut Badań Ekonomicznych i Konsultacji Politycznych, szacuje, że aby odrobić dotychczasowe straty, jakie Ukraina poniosła w czasie wojny, jej gospodarka, gdyby konflikt zakończył się jutro, musiałaby rosnąć przez najbliższych pięć lat w tempie 15 proc. rocznie lub przez dziesięć lat co najmniej 7 proc.

W niewiele lepszym stanie są, z oczywistych powodów, ukraińskie finanse publiczne. W marcu 2022 r., według oficjalnych danych, deficyt budżetowy Ukrainy wzrósł z 2,7 mld dolarów do 5 mld. A trzeba pamiętać, że mowa jest o deficycie miesięcznym. To dlatego niewiele później prezydent Zełenski powiedział, że Ukraina potrzebuje 5 mld dolarów każdego miesiąca, aby przetrwać czas wojenny. Ale ten rachunek może się okazać nadmiernie optymistyczny. Jak argumentuje w „Dzerkale Tyżnia” redaktorka działu gospodarczego Julia Samajewa, deficyt ukraińskiego budżetu w marcu wyniósł 5 mld dolarów, bo trafiły doń dochody podatkowe za okres jeszcze przedwojenny, w tym wpłaty podatku dochodowego, które odpowiadając na apel rządu, ukraińskie firmy wnosić poczęły na początku wojny awansem. W kolejnych miesiącach strumienie podatkowe, z oczywistych powodów, będą się kurczyły, co oznacza, że sytuacja, wraz z przeciąganiem się wojny, będzie ulegała pogorszeniu. I tak o ile w kwietniu 2021 r. z tytułu podatku VAT od towarów importowanych ukraiński budżet otrzymał 28 mld hrywien, to w kwietniu 2022 r. było to 7,9 mld, przychody z „wewnętrznego” podatku VAT spadły z 24,7 mld hrywien w kwietniu 2021 r. do 15,6 mld w tym roku. Pozostałe dochody, w tym podatki od osób prawnych, zarówno prywatnych, jak i publicznych, również szybko spadają. W efekcie o ile po pierwszych czterech miesiącach 2021 r. deficyt budżetu Ukrainy wyniósł 27,2 mld hrywien, to w tym roku, także po czterech miesiącach, było to 146,6 mld. Ukraina potrzebuje więcej pieniędzy, aby normalnie jako państwo funkcjonować, a ma ich coraz mniej. Rząd, jak argumentuje Samajewa, oczekuje od Banku Centralnego Ukrainy druku pieniędzy, ale to może oznaczać skokowy wzrost inflacji i wśród ekonomistów wzbudza oczywisty sprzeciw. Na dodatek pogarszają się perspektywy Ukrainy na pożyczenie potrzebnych jej pieniędzy na rynkach międzynarodowych. Nie tylko dlatego, że dziś ukraińskimi obligacjami rządowymi handluje się na światowych rynkach na poziomie 30 proc. ich nominalnej wartości, ale również z tego względu, że w ekspresowym tempie pogarszają się wszystkie fundamentalne wskaźniki ukraińskich finansów publicznych. Zadłużenie wzrosło tylko w kwietniu o 4 proc., a na koniec roku relacja długu do PKB, która przed wojną była na akceptowalnym przez rynki poziomie 50 proc., przekroczy 100 proc. PKB.

Ugór na czarnoziemach, głód na świecie

Na to nakłada się trudna sytuacja ukraińskiego sektora rolniczo-przetwórczego, najsilniejszej gałęzi eksportowej kraju. Świat z przerażeniem patrzy na blokadę ukraińskich portów, bo to oznacza głód o skali, która nie wydarzyła się od czasów II wojny światowej. Jak to wygląda z kolei z perspektywy ukraińskiej gospodarki? Ocenia się, że w 2022 r. Ukraina wyprodukuje 18,2 mln ton pszenicy, podczas gdy w roku 2021 było to 32 mln. Powierzchnia zasiewów jarych, a to przede wszystkim kukurydza i słonecznik (również soja), ze względu na działania wojenne zmniejszy się o 30 proc. W tym roku Ukraina może zebrać tyle, aby być w stanie wyeksportować ok. 35 mln ton zboża, nasion roślin oleistych, kukurydzy, soi. Tylko że trzeba to wywieźć. Obecnie w ukraińskich portach zablokowanych jest, jak oświadczył premier Szmychal, 90 mln ton zboża. Ta wielkość wydaje się przesadzona, ale problem istnieje realnie, bo wszystkie drożne alternatywne kanały eksportu ukraińskiej produkcji rolnej (przez Polskę, przez rumuńską Konstancę czy przez bułgarską Warnę) umożliwiają obecnie miesięczny eksport na poziomie 600 tys. ton. Możliwości eksportu ukraińskiej produkcji rolnej drogami alternatywnymi, jeśli oczywiście „zagrają” negocjowane właśnie kontrakty, mogą wzrosnąć do 2 mln ton miesięcznie. Ale Rosjanie już zbombardowali most nad limanem Dniestru łączący Odessę z portami czarnomorskimi Rumunii i Bułgarii. Ewentualne zaostrzenie sytuacji w Naddniestrzu może oznaczać, że ta droga transportu ukraińskiego zboża będzie niedrożna, a to równa się postawieniu na porządku dnia kwestii odblokowania Odessy, co może oznaczać rozszerzenie wojny albo pogodzenie się z sytuacją, tak jak ona wygląda teraz. W efekcie tego drugiego scenariusza ukraińskie magazyny, zapełnione rekordowymi zeszłorocznymi zbiorami, będą się opróżniać bardzo powoli, co wpłynie na decyzje tamtejszych farmerów planujących jesienne zasiewy. Sytuacja jest tym trudniejsza, że już w tej chwili w całym kraju odczuwa się brak rąk do pracy i przede wszystkim brak paliwa. Kolejnym niekorzystnym czynnikiem jest to, że ukraińskie rolnictwo jest zdominowane przez wielkie holdingi, które operują na wielkich areałach (70 największych firm kontroluje przeszło 6 mln ha ziemi), a te stają się celem rosyjskich ataków i celowej grabieży. To, co w czasach pokoju było atutem – bo skoncentrowanie produkcji rolnej w wielkich firmach umożliwiało szybką modernizację i wzrost produkcji – w realiach wojny jest obciążeniem.

Berlin na łasce i niełasce Kremla

Wszystko to razem wzięte oznacza, że trzeba mówić o gospodarczej, infrastrukturalnej, wręcz cywilizacyjnej, degradacji Ukrainy. Już obecnie trzeba myśleć nad planem odbudowy, który w realiach ukraińskich należałoby połączyć z deoligarchizacją, co nie jest zadaniem łatwym, tym bardziej że pierwsze przymiarki władz w Kijowie do odbudowy zniszczonych miast wskazują raczej na rozluźnienie, a nie zaostrzenie procedur antykorupcyjnych i przejrzystości w zakresie zamówień publicznych, stąd zastrzeżenia Danii i Szwecji w kwestii perspektyw ukraińskiego członkostwa w UE. Obawy związane z procesem odbudowy czują zresztą sami obywatele Ukrainy, którzy w świetle ostatnich badań opinii publicznej opowiadają się za tym, aby międzynarodowe fundusze przeznaczane na ten cel były kontrolowane nie przez Kijów, lecz przez tych, którzy są donatorami. To są realne problemy, bo warto pamiętać, co się stało z międzynarodową pomocą przeznaczaną na odbudowę Iraku. Ale jeśli to kolektywny Zachód będzie kontrolował skalę pomocy i sposób jej wykorzystania, to trzeba nie tylko przygotowywać się do tego już teraz, ale asekurować na najpoważniejsze, z punktu widzenia polskich interesów, zagrożenia. Jeśli o rozdysponowaniu kontraktów mają decydować państwa darczyńcy, to kontrakty na odbudowę raczej otrzymają koncerny z Niemiec, nawet jeśli są kapitałowo kontrolowane przez rosyjskich oligarchów, a nie firmy z Polski. Na to nakładają się naturalne opory inwestorów prywatnych przed kapitałowym angażowaniem się w kraju uwikłanym w nierozstrzygnięty konflikt, który w każdej chwili może z fazy zamrożonej przejść do intensywnej. Wydaje się zatem, że zamrożenie konfliktu będzie wpływało na tempo ukraińskiej odbudowy, głębokość działań w zakresie deoligarchizacji i walki z korupcją, co w dłuższej perspektywie spowolni zarówno proces odbudowy, jak i utrudni odtwarzanie potencjału wojskowego kraju.

Zamrożenie wojny nie wpłynie na długoterminową strategię Moskwy. Rosyjskie elity najprawdopodobniej uznają, że narzędzia ekonomicznego oddziaływania na Zachód w postaci blokowania eksportu węglowodorów czy żywności „sprawdziły się” w sytuacji kryzysu i nie ma powodu, aby z nich rezygnować. Będzie to oznaczało utrwalenie obecnych problemów zachodnich gospodarek, przede wszystkim niemieckiej, która swoje przewagi konkurencyjne w wymiarze globalnym budowała na dostępie do tanich rosyjskich źródeł energii. Jak niedawno przypomniał Matthew Dalton, publicysta „The Wall Street Journal Europe”, to głównie Niemcy, bo ich gospodarka w największym stopniu na kontynencie nastawiona jest na eksport i przez lata budowała swoje przewagi konkurencyjne, w wymiarze światowym, na taniej energii z Rosji. Obecnie jej ceny są w Europie znacznie wyższe niźli w Stanach Zjednoczonych czy w Azji, a to odbije się zarówno na perspektywach wzrostu gospodarczego, jak i na możliwościach funkcjonowania całych gałęzi europejskiego przemysłu, które z natury są energochłonne. Producenci nawozów mineralnych i stalownie już zatrzymują swoje linie, podobny los będzie czekać przemysł chemiczny i kolejne gałęzie wytwórczości. Co gorsza, cała koncepcja europejskiej transformacji energetycznej opartej na idei wykorzystywania rosyjskiego gazu ziemnego w obecnej sytuacji, kiedy na europejskim rynku jest on trzykrotnie droższy niż w Stanach Zjednoczonych, jest pozbawiona ekonomicznego sensu. Z punktu widzenia gospodarki niemieckiej, która, jak uważa wielu ekspertów, w tym kwartale już znajdzie się w recesji, sytuacja jest wręcz tragiczna. Bez tanich rosyjskich surowców energetycznych jej konkurencyjność na rynkach światowych wyparowuje, co w dłuższej perspektywie oznacza, że fabryki będą tam zamykane i przenoszone w inne rejony świata, albo, co trudno sobie dziś wyobrazić, Niemcy zgodzą się na obniżkę wynagrodzeń i poziomu życia. Oczywiście można wrócić do energetyki jądrowej, ale Scholz, który odrzucił ostatnio propozycję własnego ministra finansów, aby w obliczu szalejących cen i zapewne trudnej zimy nie wygaszać pracujących jeszcze elektrowni, nie chce pójść tą drogą. Powód jest dość oczywisty. Nie chodzi w tym wypadku wyłącznie o proekologiczne nastawienie niemieckich wyborców, ale o coś zupełnie innego. Ewentualny zwrot Europy w stronę energetyki jądrowej niweluje do zera przewagi konkurencyjne niemieckiego przemysłu, bo to Berlin mając Nord Stream 1 i 2, a także specjalne relacje z Moskwą, mógł pozyskiwać surowce energetyczne taniej niż inne państwa importujące surowce energetyczne z Rosji. Rozwiniętą energetykę jądrową mają też inni, w tym aspirująca do Unii Ukraina, co będzie oznaczać, jeśliby nasz kontynent poszedł tą drogą, że nie dostęp do taniej energii będzie czynnikiem przesądzającym o decyzjach inwestycyjnych, lecz inne zasoby, w tym dostępna, dobrze wykształcona i tania siła robocza.

Już choćby ten skrótowy opis rysujących się przed Europą i światem Zachodu wyzwań pokazuje, że mamy do czynienia ze zmianami o skali porównywalnej do tych, które nastąpiły po II wojnie światowej. Przypomnijmy, że wówczas jak domek z kart rozsypały się dwa wielkie imperia kolonialne – brytyjskie i francuskie – a polityczna, gospodarcza i społeczna mapa świata uległa rewolucyjnym zmianom. Tak będzie i teraz, i tak jak sześćdziesiąt lat temu nie wiemy, jaki świat wyłoni się z tego chaosu.

Marek Budzisz, publicysta tygodnika „Sieci” i „Gazety Bankowej”, znawca Rosji

Tekst ukazał się pierwotnie w „Gazecie Bankowej” nr 7/2022; został też opublikowany w elektronicznym wydaniu „Polskiego Kompasu 2022” dostępnym bezpłatnie do pobrania na stronie www.gb.pl a także w aplikacji „Gazety Bankowej” na urządzenia mobilne

»» Pobierz teraz bezpłatnie PDF „Polskiego Kompasu 2022”:

GB.PL - KLIKNIJ TUTAJ

Okładka rocznika Polski Kompas 2022 / autor: Fratria
Okładka rocznika Polski Kompas 2022 / autor: Fratria

GOOGLE PLAY - KLIKNIJ TUTAJ

APPLE APP STORE - KLIKNIJ TUTAJ

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych