Informacje

autor: fot. Materiały Promocyjne
autor: fot. Materiały Promocyjne

Cyfrowe mroki średniowiecza

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, w 2019 roku otrzymał Nagrodę im. Władysława Grabskiego przyznawaną przez Narodowy Bank Polski najlepszym dziennikarzom ekonomicznym w kraju

  • 28 czerwca 2019
  • 18:17
  • 0
  • Tagi: Biznes gaming gospodarka gry historia
  • Powiększ tekst

Gra „Kingdom Come: Deliverence” była ogromnym sukcesem crowdfundingu i zarazem projektem, który budził z mojej strony obawę o ostateczny efekt. Pierwotne trailery i zapowiedzi wskazywały, iż będziemy raczej mieli do czynienia z wielką porażką niż hitem. Gra jednak wyszła na rynek rok temu a teraz dostępna jest w Royal Edition - edycji specjalnej ze wszystkimi poprawkami i dodatkami. Jak wygląda?

Założeniem stojącym za „Kingdom Come: Deliverence” jest zaprezentowanie pełnokrwistej gry RPG, której akcja jednak nie rozgrywałaby się w świecie fantasy lecz średniowiecznych Czechach. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Gracz wciela się w postać syna kowala, który po tragicznej śmierci rodziców w wyniku wojny między feudałami, zmuszony jest podjąć służbę u jednego z możnych. I pomścić ich śmierć.

Przyznam, że trudno jest recenzować ten tytuł jednoznacznie jako grę, właśnie ze względu na miejsce i czas akcji. Mamy rok 1403, a Czechy rozerwane są wojną domową między dwoma pretendentami do tronu. Jeden z nich jest prawowitym władcą, który jednak zaniedbał sprawy stanu, iż otworzył drogę do inwazji dla swojego brata - króla Węgier. Ten przemierza kraj paląc twierdze i miasta, które uznaje za sobie nielojalne. Nasz bohater właśnie pochodzi z takiej miejscowości - gdy u bram stają chorągwie węgierskiego władcy, samotny syn kowala musi salwować się ucieczką a potem - pomścić rodziców i wykonać ostatnią wolę ojca.

Przyznam, że historia zaprezentowana w grze, choć pozbawiona jest magii, smoków i nadprzyrodzonych istot, to prezentuje się bardziej epicko niż niejeden tytuł fantasy. Imersja jest totalna - od początku gry czujemy, że jesteśmy… nikim. Synem prostego kowala, niezbyt bystrym i w sumie nie zainteresowanym niczym poza zabawą, piciem z kolegami i podrywaniem córki karczmarza. I wszystko to jest oddane z jednej strony wiarygodnie a z drugiej porywająco! Wydawać by się mogło, iż pierwsze godziny gry, gdy nabywamy dla ojca węgiel, staramy się ściągnąć dług od innego chłopa czy wreszcie przynieść ojcu zimne piwo, jednocześnie nie mając możliwości walki (możemy co najwyżej stoczyć pojedynek pięściarski z chłopem i pomachać mieczem ćwiczebnym z przybyłym do wsi najemnikiem), będą nudne. Nic bardziej mylnego. Gra bowiem, dzięki doskonałemu, skrajnie wiernemu historycznie odtworzeniu lokacji, zachowań, ubiorów i, mówiąc krócej, realiów epoki, sprawia, że wciągnięci zostajemy bez reszty. A fakt, że jesteśmy zwykłym prostaczkiem tylko wzbogaca radość z gry, gdy z czasem zostajemy przyjęci na służbę jako zbrojny a później mając już opcję na odmienne pokierowanie losami bohatera - czy to decydując się iść ścieżką rycerza, łucznika, a może zwykłego kupca, złodzieja czy medyka (gra nie ma systemu klas ale wzbogacanie umiejętności poprzez ich częste stosowanie skutecznie nakierowuje nas na odpowiednie drogi rozwoju postaci). Możliwości są doprawdy nieograniczone niczym innym jak realiami.

Dodam, że to właśnie realia są największym, obok fabuły i elementów RPG, atutem gry. Ekipa Warhorse Studios, wywodząc się z Czech podjęła decyzję o maksymalnym odtworzeniu ówczesnego świata. Efekt? Mowa, zachowania, ubiór, architektura, sztuka wojenna, broń - wszystko to odtworzone zostało z maksymalną wiernością. Nie gramy synem kowala lecz stajemy się człowiekiem doby średniowiecza! Jeśli więc ktoś (tak jak ja) jest fanatykiem historii to powinien po „Kingdom Come: Deliverence” sięgnąć natychmiast - gra jest bowiem nie tylko rozrywką ale także możliwością nauki o ówczesnym świecie. Gdy odwiedzamy piekarza, handlujemy jabłkami, negocjujemy ceny z kowalem lub zbrojmistrzem albo idziemy do łaźni to naprawdę czujemy się postacią z tego świata. I uczymy się o życiu ludzi średniowiecza.

Także walka, oparta na traktatach z epoki, została odtworzona doskonale. To nie jest gra w której nasz bohater staje naprzeciwko setkom wrogów i wszystkich zabija. Tutaj pojedynek z jednym wrogiem jest trudny, dwoma niemal niemożliwy do przeżycia a z trzema - oznacza niemal pewną śmierć. Rany nie goją się łatwo a zardzewiała broń sprawić może, że będą się paprać tygodniami. O ile oczywiście ich dożyjemy, bo wrogowie są bezwzględni i prędzej nas dobiją, niż pozwolą dowlec nam się do medyka. Nie jesteśmy jednak bezbronni i nasz bohater może uczyć się walki mieczem, toporem, maczugą czy też strzelać z łuku (w grze jak dotąd nie natrafiłem na kusze - jest to zrozumiałe, bo przy modelu gry, które mamy byłyby one stanowczo zbyt śmiercionośne i pozbawiłyby sensu używania innego oręża). Nie należy jednak machać bronią jak cepem tylko myśleć, szukać otwarć, kombinować. Przeciwnik nie nosi zbroi? Atakujemy w otwarcia. Kolczuga? Topór powinien ją rozsiekać? Pełna zbroja płytowa? Tu będzie problem - mieczem szukamy otwarć do ataku w twarz ale lepiej sięgnąć po solidną maczugę.

Właściwie to nie mam nic złego do powiedzenia o „Kingdom Come: Deliverence” ale jednak należy kilka błędów opisać. Są to głównie kwestie związane z grafiką, dźwiękiem i elementami rozgrywki. Graficznie, choć wszystko wygląda świetnie, to zdarzają się błędy we wczytywaniu niektórych elementów i tym samym zdarza się, iż widzimy na przykład postać bez głowy albo pozbawioną klatki piersiowej (bo gra nie zdążyła doczytać danego elementu i ten pojawia się z opóźnieniem). Sama rozgrywka zaś, choć wciągająca, to także cierpi na drobne bolączki. W czasie pojedynków mam wrażenie, że nasz bohater nie zawsze reaguje na nasze polecenia, zaś sposób poruszania jest dość toporny gdy staramy się przejść nad co większymi nierównościami terenu. W kwestii dźwięku nie sposób się doczepić do niczego, poza jedną, czysto subiektywną kwestią - uważam, że dążenie do realizmu tym razem zaszkodziło twórcom, bowiem odgłosy walk są odrobinę zbyt… ciche. Mam świadomość, że Warhorse Studios nagrywało dźwięki walki (podobnie jak wszystkie pozostałe odgłosy) podczas autentycznych, współczesnych turniejów rycerskich i we współpracą z grupami rekonstrukcyjnymi, tym samym odgłosy uderzania mieczy o tarcze, zbroje, wreszcie elementy ciała są nagrane podczas rzeczywistych pojedynków… i w tym problem. Trafiając przeciwnika nie mamy poczucia zadanej rany. Miecz czy topór uderza o zbroję z głuchym puknięciem, kompletnie bez siły. Tym samym walka to seria okrzyków bohaterów i jakichś stuknięć. A przecież polski „Wiedźmin 3”, którego ekipa dźwiękowa także nagrywała odgłosy przy współpracy z rekonstruktorami (sporo na przykład nagrano podczas dorocznej bitwy pod Grunwaldem), to potrafiła wyciągnąć z dźwięków tyle siły, by odgłosy walk porywały i przerażały jednocześnie. Tym samym odgłosy w trakcie walki są, w moim przekonaniu absolutnie najsłabszym elementem tej genialnej gry.

Czy warto zagrać w „Kingdom Come: Deliverence”? Jeśli jest się miłośnikiem historii, średniowiecza lub dobrych gier RPG to absolutnie tak. Inni gracze nie powinni czuć się zniechęceni, ale warto pamiętać, iż nie jest to efektowna gra akcji lecz spokojna choć nie pozbawiona epiki opowieść o prostym człowieku w trudnych czasach. Ja z całego serca polecam!

Kingdom Come: Deliverence

producent: Warhorse Studios

wydawca: Deep Silver/Koch Media

wydawca PL: CDP

Wymagania sprzętowe:

Minimalne:

Intel Core i5-2500K 3.3 GHz / AMD Phenom II X4 940 3.0 GHz, 8 GB RAM, karta grafiki 2 GB GeForce GTX 660 / Radeon HD 7870 lub lepsza, 40 GB HDD, Windows 7/8/8.1/10 64-bit

Zalecane:

Intel Core i7-3770 3.4 GHz / AMD FX-8350 4.0 GHz, 16 GB RAM, karta grafiki 8 GB GeForce GTX 1080 / Radeon RX Vega 64 lub lepsza, 40 GB HDD, Windows 7/8/8.1/10 64-bit

autor: fot. Materiały Promocyjne
autor: fot. Materiały Promocyjne

Komentarze