Informacje

Wszystkie źródła energii niosą ze sobą mniejsze lub większe niebezpieczeństwo. Ale - jak informował niedawno James Conca na łamach Forbesa - energetyka jądrowa jest zdecydowanie najbezpieczniejszą ze wszystkich dostępnych technologii - mówi ekspert / autor: fot. Pixabay
Wszystkie źródła energii niosą ze sobą mniejsze lub większe niebezpieczeństwo. Ale - jak informował niedawno James Conca na łamach Forbesa - energetyka jądrowa jest zdecydowanie najbezpieczniejszą ze wszystkich dostępnych technologii - mówi ekspert / autor: fot. Pixabay

NASZ WYWIAD Wiech: Energetyka jądrowa jest zdecydowanie najbezpieczniejsza

Arkady Saulski

Arkady Saulski

dziennikarz Gazety Bankowej, członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, w 2019 roku otrzymał Nagrodę im. Władysława Grabskiego przyznawaną przez Narodowy Bank Polski najlepszym dziennikarzom ekonomicznym w kraju

  • Opublikowano: 30 listopada 2019, 20:00

  • Powiększ tekst

Wszystkie źródła energii niosą ze sobą mniejsze lub większe niebezpieczeństwo. Ale - jak informował niedawno James Conca na łamach Forbesa - energetyka jądrowa jest zdecydowanie najbezpieczniejszą ze wszystkich dostępnych technologii.” - mówi w wywiadzie dla wGospodarce.pl Jakub Wiech, ekspert ds. energetyki, członek zespołu portalu Energetyka24, autor książki „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.

Arkady Saulski: Podczas swojej ostatniej podróży do Japonii papież Franciszek wypowiadał się na temat broni jądrowej i energetyki. W samolocie, podczas konferencji prasowej podsumowującej wizytę miały paść słowa: „Ja nie korzystałbym z elektrowni jądrowych dopóki nie będzie zagwarantowane całkowite bezpieczeństwo korzystania z nich.” Wpisuje się to w dość alarmistyczną retorykę wokół atomu. Czy ten rodzaj energetyki istotnie obarczony jest tak potężnym ryzykiem?

Jakub Wiech: Wszystkie źródła energii niosą ze sobą mniejsze lub większe niebezpieczeństwo. Ale - jak informował niedawno James Conca na łamach Forbesa - energetyka jądrowa jest zdecydowanie najbezpieczniejszą ze wszystkich dostępnych technologii. Conca w swym artykule przeliczył ilość zgonów, jakie pochłania produkcja biliona kilowatogodzin prądu z poszczególnych źródeł. Według jego danych, wytworzenie takiej ilości energii z węgla zabija średnio 100 tysięcy osób, z biomasy - 24 tysiące, z gazu - 4 tysiące, ze słońca - 440, z wiatru - 150, a z atomu zaledwie 90. Co więcej, dla energetyki jądrowej w Stanach Zjednoczonych (a więc nieobarczonej ciężarem katastrofy w Czarnobylu) wskaźnik ten wynosi zaledwie 0,1 osoby. Nie sposób też pominąć faktu, że energetyka jądrowa jest praktycznie bezemisyjna, a przy tym stabilna, kontrolowalna, wysokosprawna i pozwalająca wygenerować duże ilości energii elektrycznej. Atrybuty te mają niebagatelny wpływ na możliwości walki globalnym ociepleniem. Zauważył je m.in. Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC), który w większości swych scenariuszy postuluje zwiększanie udziału atomu w miksie energetycznym. Warto przytoczyć tu słowa publicysty George’a Monbiota: „o ile energia nuklearna powoduje tragedie, gdy coś idzie nie tak, to energia węglowa powoduje tragedie, gdy wszystko idzie zgodnie z planem, a energia węglowa produkowana jest zgodnie z planem znacznie częściej, niż z energią nuklearną idzie coś nie tak”. Dlatego też słowa papieża Franciszka dziwią i zasmucają, zwłaszcza, że jeszcze we wrześniu watykański sekretarz ds. stosunków z państwami, abp. Paul Richard Gallagher mówił, że „technologie jądrowe mogą pomóc w osiągnięciu celów zrównoważonego rozwoju”.

Ojciec Święty niejednokrotnie wypowiada się na tematy ekologiczne zaś energetyka jest, dla środowiska, jedną z fundamentalnych kwestii. Czy jednak takie wypowiedzi jak ostatnia papieża Franciszka nie utrudniają racjonalnej rozmowy? Także w kontekście Polski, która planuje konstrukcję swojej pierwszej elektrowni jądrowej.

Nie przykładałbym aż tak dużej wagi do tej pojedynczej wypowiedzi papieża Franciszka, zwłaszcza, że nie oddaje ona do końca wszystkich sygnałów, jakie płyną z Watykanu w kwestii technologii jądrowych. Z dużo większą uwagą podszedłbym natomiast do encykliki Laudato si’, która nosi znamiona traktatu ekologicznego. W dokumencie tym znaleźć można spostrzeżenia, które doskonale pasują do postulatów energetyczno-klimatycznych Polski. Papież pisze m.in., że „we wspólnocie międzynarodowej nie osiągnięto odpowiednich porozumień na temat odpowiedzialności tych, którzy muszą ponosić wyższe koszty transformacji energetycznej” - to przecież ta sama obserwacja, którą podnoszono podczas katowickiej konferencji COP24, która upłynęła pod hasłem „just transition”, a więc „sprawiedliwej transformacji”. Sprawiedliwej, czyli takiej, która dostrzeże różnice potencjałów poszczególnych państw i regionów w zakresie walki ze zmianami klimatu. Papież Franciszek wysyła w Laudato si’ jasny sygnał do ośrodków politycznych, które prowadzą politykę środowiskową niedostosowaną do możliwości i warunków państw biedniejszych, mówiąc np., że kraje bogatsze, budujące swoją gospodarczą potęgę kosztem zanieczyszczenia planety, powinny wspomagać kraje biedniejsze w dziedzinie produkcji czystych form energii. Krytykuje też system handlu pozwoleniami na emisję, co do którego zastrzeżenia ma również Warszawa.

Skąd, Pana zdaniem, tak zła prasa atomu? Czy wynika istotnie z historycznych doświadczeń, a może, cytując klasyka, jacyś „inni szatani” są czynni w tej materii? Nie mam tu na myśli teorii spiskowych lecz raczej sprzeczne interesy energetycznych lobby. A może prawda jest jeszcze inna?

Zła opinia energetyki jądrowej to efekt kilku zjawisk. Ogromną rolę odegrały wypadki i katastrofy w elektrowniach jądrowych - Three Mile Island, Czarnobyl czy Fukushima - i zrodzona po nich antyatomowa histeria, która oderwała się od faktów i zogniskowała na emocjach. Jeśli bowiem spojrzymy na statystyki Organizacji Narodów Zjednoczonych, to dowiemy się, że potwierdzonych zgonów, które miały miejsce wskutek katastrofy w Czarnobylu jest kilkadziesiąt, a nie - jak twierdzą niektórzy - kilkaset tysięcy. W Three Mile Island i Fukushimie nikt nie zginął wskutek zdarzeń radiacyjnych. To jednak nie przeszkodziło w powstaniu całego mnóstwa organizacji antyatomowych, które straszą w zupełnie irracjonalny sposób tymi trzema przypadkami, żerując na emocjach i braku wiedzy swoich słuchaczy. Mało jest z kolei ośrodków, które są w stanie postawić tamę tym siewcom strachu. Sam niejednokrotnie wchodziłem w dyskusję z osobami i organizacjami walczącymi z atomem i po chwili przekonywałem się, że ich argumenty to zazwyczaj mity i fake newsy - pewnego razu mój interlokutor próbował przekonać mnie o szkodliwości atomu pokazując mapkę przedstawiającą rzekomo radioaktywny wyciek do wód oceanicznych, który powstał wskutek katastrofy w Fukushimie. W rzeczywistości była to jednak lekko przerobiona mapka amerykańskiej National Oceanic and Atomspheric Administration, obrazująca wysokość fali tsunami. Nie sposób jednak nie wspomnieć o tym, że regres energetyki jądrowej jest w interesie niektórych państw, przede wszystkim - Niemiec. RFN usilnie dąży do wygaszenia elektrowni jądrowych w Europie, działa w tej kwestii m.in. na forum Unii Europejskiem. Przykładem takich starań był bój o taksonomię, czyli - ogólnie mówiąc - agendę inwestycyjną UE, z której Berlin chciał wyrzucić inwestycję w atom, twierdząc, że nie można ich zakwalifikować do „zielonych” przedsięwzięć. Z kolei w czwartek 28 listopada Parlament Europejski debatował nad rezolucją, do której niemieccy europosłowie chcieli dorzucić fragment głoszący, że energetyka jądrowa jest nieopłacalna i niezrównoważona ekonomicznie. Na szczęście ich poprawka nie przeszła. Niemcy mają w tej walce swój interes - atom w Europie zmniejsza zapotrzebowanie na gaz, który RFN chce sprzedawać do krajów Starego Kontynentu (po to przecież buduje gazociąg Nord Stream 2). Niemieckie zmagania z atomem opisałem w mojej książce „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”.

Jak w takim razie racjonalnie rozmawiać o atomie? Czy jest w ogóle szansa na odwrócenie feralnego trendu w zbiorowej świadomości, w myśl którego atom jest najgroźniejszą, nieprzewidywalną formą pozyskiwania energii?

Skorygowanie debaty o atomie w sposób, który pozwoli na wyrzucenie z niej fake newsów i zwykłych kłamstw będzie niezwykle trudne oraz pracochłonne. Niestety, temat ten zasadza się głównie na emocjach - ludzie boją się atomu, łączą go nieodmiennie z niszczącą siłą bomb jądrowych, co jest praktycznie bezpodstawne. Nie można jednak poddać się bez walki. Mity o atomie należy rozbrajać, na szczęście jest ku temu coraz więcej okazji i coraz więcej narzędzi. Ludzie nie zdają sobie często sprawy z realnych wymiarów katastrofy w Czarnobylu, nie wiedzą, że jest ona raczej przykładem patologii systemu komunistycznego niż technologii jądrowej. Niewiele osób wie, że po wypadku Czarnobylska Elektrownia Jądrowa dalej produkowała energię elektryczną, jej ostatni reaktor wyłączono dopiero w 2000 roku. Trzeba pewnej wiedzy, by zrozumieć, że dawki promieniowania, jakie otrzymali Polacy po katastrofie w Czarnobylu wynosiły 0,25 mSv, a więc - jak mówi prof. Andrzej Strupczewski - mniej niż wynosi różnica dawki rocznej między Wrocławiem a Krakowem. Tak samo znikoma jest świadomość tego, że spowodowany katastrofą w Fukusjimie wyciek 40 trylionów bekereli trytu do Oceanu Spokojnego jest niegroźny. Podobna ilość trytu znajduje się w 44 neonach z napisem „EXIT”, które często widuje się w budynkach. Strach budzi sama infrastruktura jądrowa - a tymczasem tuż pod Warszawą od prawie 50 lat działa naukowy reaktor jądrowy Maria, a w Różanie nad Narwią od lat 60-tych funkcjonuje Krajowe Składowisko Odpadów Promieniotwórczych. Żaden z tych obiektów nie spowodował nigdy zagrożenia dla swoich pracowników lub okolicznych mieszkańców. Patrząc na obecny stan debaty publicznej na temat atomu można zauważyć, że antyatomowe są głównie mity i fake newsy, a proatomowe - fakty. Dlatego zadaniem dla dziennikarzy, polityków i aktywistów jest to, by komunikację na temat energetyki jądrowej oprzeć właśnie na faktach.

Rozmawiał Arkady Saulski.

CZYTAJ TEŻ: Zamiast węgla: Atom i OZE

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych