Informacje

Zdjęcie ilustracyjne / autor: Pixabay
Zdjęcie ilustracyjne / autor: Pixabay

Cła węglowe czyli wsparcie unijnego przemysłu

Agnieszka Łakoma

Agnieszka Łakoma

dziennikarka portalu wGospodarce.pl, publicystka miesięcznika "Gazeta Bankowa", komentatorka telewizji wPolsce.pl; specjalizuje się w rynku paliw i energetyce

  • Opublikowano: 3 października 2023, 16:11

  • 1
  • Powiększ tekst

Podatek węglowy na granicach Unii Europejskiej od niedzieli stał się faktem. Nie wiadomo tylko, czy skutecznie ochroni rodzimy przemysł i jak duże podwyżki cen cementu czy stali wywoła

Nowy system – CBAM (skrót od Carbon Border Adjustment Mechanism) zakłada, że każda unijna firma, która importuje spoza Wspólnoty stal, żelazo, cement, energię elektryczną, wodór, nawozy, aluminium będzie musiała skrupulatnie policzyć i raportować do Brukseli, z jak dużą emisją CO2 wiązała się produkcja tych towarów. Dane mają dotyczyć ostatniego kwartału bieżącego roku i trafić do odpowiednich instytucji do końca stycznia 2024 roku. Ale raportowanie, które jest obowiązkowe, to dopiero początek wdrażania systemu, bo od stycznia 2026 roku każdy importer ponosić będzie specjalną opłatę (rodzaj parapodatku), jeśli okaże się, że na towary czy produkty z państw spoza UE nie został w miejscu wytworzenia nałożony podatek od emisji.

CBAM formalnie ma zapobiegać tzw. ucieczce emisji i sprzyjać europejskiemu przemysłowi, który obciążony jest polityką klimatyczną i ponosi koszty emisji CO2. Komisja Europejska proponując system, który został wdrożony pomimo licznych kontrowersji, jakie wywołuje, liczy, że dzięki niemu stworzy równe warunki dla wszystkich - europejskich producentów i tych z Azji czy innych kontynentów, gdzie nie ma wymogów redukcji emisji, albo kary (czyli opłaty za emisje) są minimalne.

Wątpliwości i biurokracja

Z założenia zatem system będzie bardzo dla firm w UE korzystny. Mimo to opinie na jego temat są tak wśród ekspertów jak przedstawicieli różnych branż podzielone.
Z raportu na temat skutków wdrożenia CBAM, opublikowanego przez think tank The Conference Board  wynika, że zdecydowana większość przedsiębiorstw (wśród ankietowanych) obawia się, iż ceny towarów objętych systemem wzrosną. A to – jak stwierdziła (cytowana przez Sara Murray, dyrektor zarządzająca w The Conference Board - „może wywołać efekt domina dla konsumentów”. Tym bardziej, że – według raportu –wiele firm w ogóle nie jest przygotowanych do raportowania, a na dodatek brakuje wykwalifikowanych „weryfikatorów”, którzy sprawdzać powinni deklarowane przez importerów emisje dwutlenku węgla. Jako przykład podawany jest port w Antwerpii, który ma tylko dwóch takich specjalistów. (Takich weryfikatorów w ogóle nie ma w sześciu krajach UE, w  tym w Irlandii. Natomiast Ci, którzy są i tak mają ręce pełne roboty i „często odrzucają nowe wnioski producentów europejskich o audyt emisji”.)

Według raportu służby celne działają w różnym tempie w różnych państwach członkowskich. I jako przykład podawane są Włochy - największy importer żelaza i stali w UE, gdzie „proces zgłoszeń celnych jest długotrwały, co oznacza, że dzięki CBAM importerzy mogą stanąć w jeszcze dłuższych kolejkach, by móc przez włoskie porty dostarczyć swoje towary”.

Inna przedstawicielka The Conference Board - Anuj Saush uważa, że  „bez szybkich działań mających na celu rozwiązanie problemów administracyjnych, istnieje ryzyko, że CBAM będzie hamulcem dla europejskiej gospodarki”.

Towary z branż, które obejmuje już teraz nowy system, stanowią blisko 5 procent całego importu Europejskiej, a ich wartość szacuje się na ponad 133 miliardy euro.

Czyżby wojna celna?

Prezes Warsaw Enterprise Institute Tomasz Wróblewski komentując wejście w życie systemu, napisał na  Tweeterze, że „Bruksela otwiera nowy front globalnej wojny”, a CEBAM „to będzie spory cios w konkurencyjność Rosji, Chin, Wielkiej Brytanii, Turcji, Ukrainy, Indii, Korei południowej , Stanów Zjednoczonych, kiedy przyjdzie im płacić odpowiednio dopasowane cła”.

Chodzi o duże pieniądze szczególnie, że jest istotna różnica w cenie pozwoleń na emisję w Europie (w ramach systemu handlu emisjami EU ETS) a innymi krajami. O ile Platts (część S&P Global) w zeszłym tygodniu wycenił uprawnienia UE (na grudzień 2023 r.) na ok. 81,7 euro za tonę CO2, to w Chinach było to zaledwie 10,5 dolara.

W oświadczeniu cytowanym przez portal Politico unijny komisarz ds. gospodarki Paolo Gentiloni  twierdzi, że „CBAM będzie zachęcać przemysł na całym świecie do stosowania bardziej ekologicznych technologii”. Jego zdaniem „zapobiegnie także tzw. ucieczce emisji, czyli przenoszeniu produkcji poza nasze granice do krajów o niższych standardach środowiskowych”.

W praktyce zatem system ochrony rodzimych producentów w UE na także „zachęcić” państwa spoza Wspólnoty Europejskiej, by wprowadziły politykę klimatyczną, czyli nałożyły na własny przemysł jakiś rodzaj podatku od emisji.

Nie dziwnego więc, że wiele państw- eksporterów faktycznie narzeka na unijny CBAM. Cytowany przez Argus dyrektor generalny ArcelorMittal Nippon Steel Dilip Oommen uważa, że europejskie przepisy wymagają zmian, zaś „eksport zielonej stali z Indii nie jest wykonalny do 2026 r.”. Natomiast władze w Pekinie wystąpiły do Światowej Organizacji Handlu, by oceniła, czy CBAM nie jest wbrew zasadom wolnorynkowym. Według portalu Politico także Australia niechętnie patrzy na unijny mechanizm, obawiając się, że zaszkodzi światowemu wzrostowi gospodarczemu.

Agnieszka Łakoma

(PRNewswire, Politico, Argus, SPGlobal)

Powiązane tematy

Komentarze