Opinie

Debata Prezydencka TVP / autor: PAP
Debata Prezydencka TVP / autor: PAP

Gdzie ta gospodarka?

Maksymilian Wysocki

Maksymilian Wysocki

Dziennikarz, publicysta, ekspert w dziedzinie wizerunku i marketingu internetowego, redaktor zarządzający portalu wGospodarce.pl

  • Opublikowano: 18 czerwca 2020, 00:23

    Aktualizacja: 18 czerwca 2020, 01:12

  • 9
  • Powiększ tekst

Jeśli ktoś myślał, że obejrzy tylko część debaty, która go szczególnie interesuje, to musiał się bardzo zdziwić. Pytania były ważne, choć oczywiście gospodarki było nie tylko za mało, a nawet tyle, co nic. A wielka szkoda, ponieważ to gospodarka z jednej strony, owszem, jest trudnym tematem, ale z drugiej raz, że policzalnym, a dwa, że właśnie ona daje obecnej ekipie rządzącej unikalne przewagi, a przynajmniej dawała do momentu, gdy zdecydowano się na powrót do walki idei. A idee są jak opinie. A opinia… Każdy ma jedną. Niektórzy kandydaci mieliby twardy orzech do zgryzienia. Niestety, w debacie - poza wieloma rzeczami - zabrakło właśnie gospodarki, znów traktowanej po macoszemu

Odpowiedzi poszczególnych kandydatów jasno pokazywały, że kandydaci nie przyszli na debatę, by odpowiadać na pytania. Przyszli wygłosić swoje tezy, ażeby było ciekawiej, w sposobie narracji wyjętej z pierwszego sezonu „Wiedźmina” na Netflixie. Odpowiedzi na poszczególne wątki przemycali w odpowiedziach na zupełnie inne pytania w zupełnie innej linii czasowej – innych rundach pytań. Chaotycznie do tego stopnia, że aż chciałbym poczekać do jutrzejszego wydania „Faktów” i „Wiadomości”, żeby ktoś to mógł za mnie zebrać i uporządkować wszystkie te strumienie świadomości, poukładać tylko i jedynie w dwie zapewne różne interpretacje. Nie co się oszukiwać, że połączenie poszczególnych członów wypowiedzi w konkretne wątki i ustalenie w którym kościele dzwony dzwonią jest nie lada wyzwaniem, ponieważ w skrócie wyglądało to czasem i u znakomitej większości jak bieg na orientację ludzi pozbawionych poczucia kierunku, w dodatku jednocześnie walczących z biegunką i Alzheimerem – zaczynali bieg z przymusu, żeby po starcie w zasadzie zapomnieć dokąd i po co, po czym spontanicznie zmieniali kierunek wypowiedzi. W ogóle nieźle było, jeśli od ustosunkowania się do zadanego pytania zaczynali odpowiedź.

Choć runda o gospodarce, na którą bardzo liczyłem, sprowadziła się jedynie do pytania o przyjęcie euro, najsensowniej wypowiedział się obecnie urzędujący prezydent Andrzej Duda mówiąc, że jesteśmy członkiem UE i wstępując do Unii zgodziliśmy się na przestrzeganie traktatów, w których na szczęście termin przyjęcia euro nie został określony. Andrzej Duda zaznaczył, bardzo słusznie, że złoty dwukrotnie świetnie uchronił nas w czasach kryzysu. Teraz nie czas na dyskusję o euro. A kiedy jego zdaniem należy wrócić do dyskusji o euro? Kiedy Polacy będą wreszcie zamożnym społeczeństwem i będą zarabiać tyle, ile ludzie na Zachodzie. W rundzie swobodnej wypowiedzi zaznaczył, że Polakom zaczęło się nareszcie żyć lepiej. Owszem, było trudno w gospodarce, ale „uruchomiliśmy tarcze antykryzysowe i wierzę, że uratujemy 4 mln miejsc w gospodarce” - powiedział. „Wyjdziemy z kryzysu i wrócimy na drogę dobrego rozwoju jeśli ja będę prezydentem” - zakończył. Ogółem, wydaje się, że wypadł najlepiej.

Krzysztof Bosak zwrócił uwagę, że to nie sprawa gospodarcza, a polityczna, po czym określił europejski program pomocowy jako masowe zniewolenie przez zadłużanie i wskazał na oczywiste obecnie problemy związane z wpływem koronawirusa na gospodarkę, jako ważniejsze.

Mirosław Piotrowski stwierdził, że nie ma „klimatu” w UE żeby zachęcać Polskę do wprowadzania euro, należy za to obniżyć podatki, szczególnie dochodowy i VAT do 15 proc. oraz wprowadzić wyższą kwotę wolną od podatku. Kto zarabia 3 tys. powinien być zwolniony z płacenia podatku dochodowego w ogóle.

Rafał Trzaskowski stwierdził, że traktat zobowiązuje Polskę do przyjęcia euro, ale nie wskazuje kiedy konkretnie, a Polska, jego zdaniem, nie jest do tego gotowa. Zaraz po tym zmienił kierunek na atakowanie rządu za, jego zdaniem, nieumiejętną walkę z kryzysem twierdząc, że obecny rząd kompletnie nie panuje nad tym co się dzieje. Udało mu się jeszcze dorzucić do tej samej wypowiedzi, że dziś trzeba skupić się na inwestycjach ale nie na „gigantomanii” – jak ją określił - jak lotnisko CPK, ale na inwestycjach lokalnych, samorządowych. Jego zdaniem zamiast strategicznego i cywilizacyjnego projektu CPK powinno się wybudować… centra rozwoju w każdym mieście powiatowym. To, jego zdaniem, wygeneruje miejsca pracy. Pozostawiam czytającym ocenę jakości tych miejsc pracy i wpływu na gospodarkę kraju obu zestawionych pomysłów. Wcześniej, w rundzie dot. Polityki społecznej, uznał, że najważniejszym problemem – gospodarczym - jest to, że rząd pozostawił w pandemii mnóstwo ludzi w wolnych zawodach zdanych tylko na siebie i na tym trzeba się skoncentrować. Za to przy pytaniu o szczepionki na koronawirusa mówił o prywatyzacji służby zdrowia.

Marek Jakubiak zaczął od podkreślenia, że gospodarka jest najważniejsza, a pieniądze pochodzą z pracy ludzi, o czym wszyscy zdają się zapominać, a co politycy powinni wypisać sobie nad łóżkiem. Po tym stwierdził, że w Unii Europejskiej trzeba posiadać suwerenność. W ten sposób zgrabnie przeszedł do swoich propozycji: liniowy VAT, 1 proc. podatek od. przychodowy zamiast CIT i ogólnie, to dobrze by było, gdyby było tańsze państwo, bo tańsze państwo to mniejsze podatki, wiadomo. Dziś, jego zdaniem, państwo przypomina Bizancjum. W rundzie swobodnej wypowiedzi powiedział, że Jan Olszewski pytał o to „Czyja Polska będzie?”. Lotnisko? – pytał retorycznie - Po co, przecież jest niemieckie. Prezydent musi pilnować Polski i polskiego interesu – powiedział.

Na swój sposób ujmujący niczym prezenter żywcem wyjęty z „TV Marketu” lat ’90, Paweł Tanajno, ten wątek zaczął od pochwalenia Marka Jakubiaka mówiąc, że gdyby innym kandydatom postawić budkę z lodami na molo w Sopocie, to ta budka by zbankrutowała, bo tylko oni dwaj spośród obecnych kandydatów rozumieją biznes, a reszta o biznesie nie maja pojęcia. Po tym nastąpiła seria zdań bez większego znaczenia, by skwitować, że ma pomysł jak od ręki zwiększyć zarobki Polaków o 30 proc. Jak? Wystarczy nie kraść. Tanajno mógł wpaść tu na jakiś dobry trop, wszak to brzmi jak zupełna nowość…

Szymon Hołownia ruszył od razu z konkretem. Wątek o euro zaczął pytaniem o to gdzie jest edukacja XII wieku, po czym kaznodziejskim wołaniem drążył zawieszoną w napięciu publiczność kolejnym: „Gdzie poważna rozmowa o zielonej transformacji i o tym jak chronić górników?” – pytał. Jak stwierdził, to są zadania dla prezydenta. Zaznaczył, że proponuje pięć ustaw na przesuniecie miliardów złotych na rozwiązywanie realnych problemów z „pisowskiej gigantomanii” na tak potrzebne sprawy.

Robert Biedroń zaczął odpowiedź stwierdzeniem, że jeśli dalej Andrzej Duda będzie prezydentem, to w Polsce będzie wcześniej rubel niż euro. Dalej wskazał, że PO i PiS są zbyt zajęte walką ze sobą, by zdobywać kolejne fundusze unijne dla Polski. Pochwalił się tez własnym Planem Odbudowy Polski na 280 mld zł. Jak stwierdził, to są realne środki, które powinny do nas trafić na budowę tanich mieszkań na wynajem i na tanie panele fotowoltaiczne.

Władysław Kosiniak-Kamysz na pytanie o przyjęcie euro wskazał, że dzisiaj trzeba przede wszystkim wprowadzić dobrowolny ZUS i że to jest ratunek dla polskich firm. „Skończmy z karaniem ludzi za ciężką pracę w Polsce” - powiedział. Dodał, że nie wolno też karać przedsiębiorców, że brakuje pieniędzy dla samorządów oraz że edukacja jest niedofinansowana.

Waldemar Witkowski, który zdecydował się kandydować na urząd prezydenta RP, ponieważ prosili go o kandydowanie jego sąsiedzi i rada osiedla, a przynajmniej tak wynikało z jego wypowiedzi, stwierdził, że przyjęcie euro jest konsekwencją wejścia Polski tysiąc lat temu do nieformalnej wtedy wspólnoty narodów Europy i prędzej, czy później, będziemy musieli zgodzić się na wspólną walutę, dzisiaj na euro wygrywają tylko spekulanci w kursie eur-złoty, a za przyjęciem euro jest w wyniku referendum. Kandydat ten wyróżniał się pewną zdecydowaną szczerością i odwagą cywilną. Wcześniej jako jedyny dość konkretnie, odpowiedział na pytanie o LGBT, małżeństwa homoseksualne i adopcje dzieci przez pary LGBT, niczym trzy razy tak. Tak konkretnie nie odpowiedział wtedy, paradoksalnie, ani Rafał Trzaskowski, migając się od odpowiedzi, ani nawet Robert Biedroń, który ograniczył się do stwierdzenia, że prezydent musi mieć odwagę po to, by walczyć o interesy każdej grupy społecznej, a „nie ma co być rządzonym przez pozostałych” kandydatów, ponieważ „oni nie mają odwagi zmiany”.

Czarny koń tych zawodów, przynajmniej moim zdaniem, czyli Stanisław Żółtek, wypowiadając się o euro - Jesteś za przyjęciem? Tak? Nie? - ocenił, że wolałby zamiast tego pomówić o wyjściu Polski z UE, władza zajmuje się kupowaniem głosów wyborców za pieniądze. „Az mi strach zaproponować, że są budki od piwa. Może jeszcze „Menelowe+” by zaproponowali” – powiedział. Wcześniej na pytanie o przymusową relokację powiedział: „Żadnych zasiłków i darmowych usług. Nie będą się wtedy pchały darmozjady, bo oni nie pchają się tu, żeby pracować. Nie dawać przyjezdnym za darmo pieniędzy. Nie będzie problemu”. Nie skreślałbym tego kandydata. Ludzie lubią proste odpowiedzi na skomplikowane sprawy. W rundzie swobodnej wypowiedzi ocenił, że trzeba zlikwidować część podatków, w tym podatku dochodowego i zapowiedział: Jeśli nie wierzycie, to oświadczam uroczyście, ze ułaskawię każdego Polaka za niepłacenie CIT i PIT”. Genialne.

I tak runda pytań o gospodarkę minęła niemal niezauważona, a cały teleturniej… przepraszam, debata minęła nam jak jedna wielka gra pytań na orientację. Orientację w terenie, rzecz jasna. Bo o gospodarce wiele w tym wszystkim nie było. A szkoda, bo akurat ostatnie lata działań obecnego rządu w sprawach gospodarczych wydają się niesłychanie ciekawą okazją do zmierzenia się z naprawdę trudnymi kwestiami, pytaniami, pomysłami i poglądami. Dlaczego? Bo to były naprawdę trudne decyzje i dla większości trudne sprawy. W mojej ocenie są dużą przewagą obecnej ekipy rządzącej i powodem do dumy. A spłaszczając swoje przewagi do jałowej dyskusji o sprawach światopoglądowych, z których ani pensje nie wzrosną, ani miejsc pracy nie przybędzie, na których w sumie zna się każdy, bo każdy ma jakąś opinię, nie tylko oddano pole do popisu, nie tylko stracono własne punkty przewagi, ale i pozbawiono nas wszystkich możliwości zmierzenia się z bardziej intelektualnym przygotowaniem wszystkich kandydatów. A jeśli już, to można było w miejsce pytania o euro spytać o likwidację 500+, albo chociaż o sławną już kwestię „Społem 2.0”. Gospodarka pozostała gdzieś tam w tle, a właśnie teraz, w walce z pandemią, gospodarka i to, czy ktoś będzie dalej budował i rozwijał, czy znów zwijał i rozsprzedawał polską gospodarkę, jest pytaniem kluczowym.

Jest chyba taka zależność, że kto rozumie gospodarkę, rozumie politykę. Kto rozumie politykę niekoniecznie rozumie gospodarkę. Jest też tak, że debaty potrafiły zmieniać bieg historii, czasem wyciągając coś z któregoś kandydata przypadkiem, czasem obnażając go zupełnie. Wszystko razem sprawia, że Debata TVP mogła być tzw. gamechangerem - coś definitywnie zmienić, spełnić rolę spektaklu „być, albo nie być”. I owszem, debata może być gamechangerem, o ile nie jest tylko niezobowiązującą pogawędką lub kolejną szansą na mini-exposee. Ale najpierw trzeba chcieć zaryzykować. Jak się zdaje, weszliśmy w taką fazę kampanii, gdzie zamiast ryzyka wszyscy wybierają chaotyczny, choć bezpieczny spektakl i dopiero dopust boży przy urnach. Jakkolwiek jest, jednak w tematach gospodarczych warto byłoby dowiedzieć się o samych kandydatach oraz ich poglądach znacznie więcej, i to właśnie w ogniu krzyżowych pytań w programie na żywo.

Maksymilian Wysocki

CZYTAJ TEŻ: Biały Dom potwierdza spotkanie Trump-Duda

CZYTAJ TEŻ: Pekin odwołuje 1200 lotów. Narasta niepokój [GALERIA]

CZYTAJ TEŻ: Bardzo dobre wiadomości dla Balcerowicza i Rostowskiego

Powiązane tematy

Komentarze